Dyskusyjny Klub Książki

Gminna Biblioteka Publiczna we Frysztaku
zaprasza na spotkania
Dyskusyjnego Klubu Książki


Dyskusyjny Klub Książki jest projektem adresowanym do wszystkich, którzy nie tylko lubią czytać, lecz także rozmawiać o książkach, bo przecież czytanie to tylko połowa przyjemności. Drugą połowę stanowi swobodna rozmowa o własnych refleksjach
i spostrzeżeniach po przeczytanej lekturze. Treść książki to w rzeczywistości znakomita motywacja do dialogu, do dyskusji, do rozmowy z drugim człowiekiem.
Klubowiczem może zostać każdy dorosły użytkownik Biblioteki, niezależnie od zainteresowań oraz tego, jak wiele i jak szybko czyta. Oparty jest bowiem na założeniu, że czerpać przyjemność z dyskutowania o literaturze można zawsze, nie tylko będąc jej znawcą czy krytykiem.
Dyskusyjne Kluby Książki są elementem wieloletniego ogólnopolskiego programu promocji czytelnictwa i wsparcia sektora książki "Tu Czytamy!", objętego patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Celem programu jest wykreowanie mody na czytanie, poprzez akcentowanie przyjemności płynących z lektury oraz promowanie aktywnego udziału w życiu literackim. Jego realizacja możliwa jest dzięki finansowemu wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Działalność Klubów koordynowana jest w każdym województwie przez biblioteki wojewódzkie. Ich zadaniem jest dostarczenie bibliotekom książek oraz przygotowanych przez Instytut Książki materiałów promocyjnych (plakaty klubów, ulotki i naklejki zamieszczane w książkach czytanych w klubach).
Celem projektu jest dowartościowanie środowisk ludzi czytających, popularyzacja książki, szeroko pojęta promocja czytelnictwa, kształtowanie postaw czytelniczych.
Drogi czytelniku, jeśli lubisz czytać, rozmawiać o książkach, poznawać nowych ludzi
i spędzać czas w miłej atmosferze, zostań uczestnikiem spotkań Dyskusyjnego Klubu Książki (DKK).
Uczestnicy otrzymują do przeczytania książkę, która będzie omawiana na kolejnym spotkaniu.
Zapraszamy!!!
--------------------------------------------------------------------------------------------------------


 Lisa Genova – „Sekret O’Brienów”

Przed wakacjami spotkanie DKK poświęcone było książce Lisy Genova – „Sekret O’Brienów”




 





Zamknijcie na chwilę oczy i wyobraźcie sobie, że nagle „coś” powoli odbiera wam siły, a wy nie możecie nic z tym zrobić. Większość z nas tak właśnie widzi starość. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, gdy już jako stosunkowo młodzi rodzice w pełni sił witalnych idziemy do lekarza, który mówi nam, że za kilka względnie kilkanaście lat umrzemy. Ominą nas śluby naszych dzieci i raczej nie będziemy cieszyć się urokami zasłużonej emerytury. Nie to będzie dla nas najgorsze. Taki sam los może (choć nie musi) spotkać naszych bliskich. Czy posiadając taką wiedzę znaleźlibyście w sobie na tyle odwagi, aby przekazać waszym dzieciom potencjalny wyrok śmierci? Istnieje jednak sposób, by Ci, których kochamy, już dziś dowiedzieli się, co ich czeka. Tylko czy znajdą w sobie odwagę, aby zmierzyć się z prawdą, której i tak nie zmienią?

Joe jest ponad czterdziestoletnim bostońskim policjantem, który spełnia się w tym, co robi. Za nic nie zrezygnowałby z roli stróża prawa, pomimo iż będąc wiernym fanem lokalnej drużyny baseballowej, zamiast oglądać mecze na stadionie zwykle ochrania całe wydarzenie. Mężczyzna ma jednak świadomość, że po tym co stało się podczas maratonu bostońskiego dwa lata wcześniej, jego zawód jest coraz bardziej doceniany. Prywatnie Joe jest szczęśliwym mężem i ojcem czwórki dorosłych już dzieci, z którymi dogaduje się raz lepiej raz gorzej. Co prawda od czasu do czasu martwi się, że jeden z jego synów może zejść na złą drogę, ale na szczęście Patrick jak dotąd nie urzeczywistnił jego obaw. Ot, O’Brianowie to zwykła amerykańska, katolicka rodzina o szkockich korzeniach, która nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle lokalnej społeczności.

Wszystko zmienia się w chwili, kiedy podczas niedzielnego spaceru, Joe nagle upada i ku swojemu zdziwieniu, zamiast do ortopedy zostaje skierowany do neurologa, który już na drugiej wizycie diagnozuje u niego jedno z najokrutniejszych schorzeń genetycznych znanych ludzkości. Silny policjant z niedowierzaniem słucha o tym, że zaczął się u niego proces, który na przestrzeni od kilku do kilkunastu lat, pozbawi go nie tylko ukochanej pracy oraz kontroli nad własnym ciałem, lecz zakończy się nieuniknioną śmiercią. To nie koniec złych wieści. Gen choroby Huntingtona, który Joe odziedziczył po matce, mógł przekazać własnym dzieciom, które za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat mogą podzielić jego smutny los. Ryzyko wynosi dokładnie 50 % w przypadku każdego z nich. Czy jest jakaś szansa, żeby młody strażak JJ, piękna tancerka baletowa Megan, buntowniczy barman Patrick i instruktorka jogi Katie nie musieli się martwić? Policjant dość szybko uświadamia sobie nie tylko to, że czeka go nieuchronna śmierć ale także fakt, że jego choroba będzie źródłem trosk i zmartwień dla tych, których kocha. Z biegiem czasu zda sobie również sprawę, że od jego nastawienia będzie zależeć, jak w przyszłości feralną diagnozę przyjmą jego dzieci.

Fabułę „Sekretu O’Brienów” obserwujemy nie tylko z punktu widzenia dotkniętego chorobą policjanta, ale także jego najmłodszej córki Katie, która właśnie wchodzi w dorosłość i musi podjąć dwie naprawdę ważne decyzje. Dziewczyna nie jest pewna, czy powinna zrobić badania genetyczne. Wbrew pozorom wydaje się, że w szerszej perspektywie, każdy wynik może być dla niej tragiczny. Jeśli sprawdzi się fatalny scenariusz, to zostanie jej dwie lub trzy dekady „normalnego” życia. Tylko czy wtedy będzie w stanie wykorzystać ten czas nie myśląc o przyszłej chorobie? A co, jeśli Katie wygrała na genetycznej ruletce życia? Czy będzie w stanie pogodzić się z myślą, że nie wszyscy jej bliscy mieli tyle szczęścia? Nasza bohaterka zastanawia się, czy wówczas będzie miała moralne prawo, by skorzystać z okazji na realizację własnych marzeń wiele kilometrów od rodzinnego domu.

Losy większości rodzeństwa O’Brienów poznamy dosyć pobieżnie. Znakomitym przykładem niewykorzystania potencjału drzemiącego w powieści jest wątek JJ’a, który wraz ze swoją żoną, musi zdecydować czy przebadać swoje jeszcze nienarodzone dziecko na obecność feralnego genu. Złe wyniki mogłyby umożliwić przyszłym rodzicom prawo do legalnej aborcji i ewentualnego zabiegu in vitro z możliwością wyboru tylko zdrowych zarodków. Czytelnik może się tylko domyślać, co mógł czuć przyszły ojciec, który nagle musiał zderzyć swoje konserwatywne zasady, wynikające z głębokiej wiary, z rzeczywistością. Ten dla niektórych osób kontrowersyjny, ale równocześnie ciekawy temat zostaje jedynie zasygnalizowany przez autorkę gdzieś na trzecim planie.

O książkach Lisy Genovy słyszałam bardzo wiele pozytywnych opinii, ale gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki, działający przy Gminnej Bibliotece we Frysztaku pewnie po żadną z nich bym nie sięgnęła ze względu na pewną schematyczność przekazu. Autorzy książek z wątkiem medycznym dość często skupiają się, bowiem albo na druzgocących przykładach najgorszego cierpienia, albo na drodze postaci do pełnej akceptacji choroby, która staje się dla niego swoistym „błogosławieństwem” lub przynajmniej bodźcem do zmiany własnego życia na lepsze.

Tymczasem, życie ludzi cierpiących na chorobę przewlekłą lub dotkniętych niepełnosprawnością, najczęściej oscyluje pomiędzy chwilkami radości i momentami rozpaczy. Amerykańska autorka w „Sekrecie O’Brienów” doskonale wczuła się w bardzo intymne emocje, które wiele osób kryje w sobie. Jak widzimy na przykładzie Joego, dodatkowym obciążeniem emocjonalnym dla ludzi z Huntingtonem, jest zachowanie pełnej świadomości sytuacji do końca swych dni. Szybko nasz bohater uświadomi sobie, że prędzej czy później straci ukochaną pracę i będzie skazany na pomoc innych w najprostszych czynnościach. A gdzie w tym wszystkim miejsce na spełnianie marzeń? Dla bliskich może być czymś zaskakującym, że w chwili zagrożenia życia, można ubolewać nad tym, iż już nigdy nie pójdzie się do pracy lub na mecz ukochanej drużyny. Tymczasem choroba nie stanowi przecież sedna osobowości pacjenta. Joe będzie musiał zrewidować przekonania odnośnie swojego podejścia do religii oraz akceptacji odmienności zarówno swojej jak i innych.

Huntington jest nazywany chorobą rodzinną, ze względu na fakt, że gdy rodzice nią dotknięci umierają, proces wyniszczenia organizmu właśnie rozpoczyna się u ich dzieci. Może dlatego Lisa Genova postawiła w centrum swojej historii relacje międzyludzkie. Należy, bowiem zauważyć, że nawet jeżeli choroba dotyczy tylko jednej osoby, to niepokój i strach udziela się również najbliższym. Trudna sytuacje często weryfikują łączące nas relacje. Amerykańska autorka z niezwykłą subtelnością ukazuje, że krańcowe doświadczenia mogą zarówno zbliżać do siebie, jak również skłaniać nas do emocjonalnej ucieczki. Bardzo się cieszę, że w powieści nie zostały pominięte uczucia osób wspierających, które zwykle pozostają na uboczu. To właśnie sceny, kiedy rodzina Joego okazywała niepewność i zwątpienie doprowadzały mnie do łez. Trudno, bowiem bardziej realistycznie ukazać tę sferę życia otoczenia chorych.

Tym, co może nieco zaskoczyć czytelnika w trakcie lektury jest ukazanie dość konserwatywnego społeczeństwa bostońskich przedmieść. Wbrew pozorom, historia O’Brianów wygląda jakby rozgrywała się na polskiej prowincji. Oczywiście książka Lisy Genovy jest uniwersalna, niemniej nie da się ukryć, że ten, kto choć raz był u lekarza specjalisty bez trudu utożsami się z ciężką atmosferą poczekalni. Równocześnie autorka wbija lekką szpileczkę w bezduszny system amerykańskiej opieki zdrowotnej, który w jednej chwili może zmienić powszechnie szanowaną osobę w nędzarza tylko dlatego, że ubezpieczenie zdrowotne nie obejmuje takiej czy innej przypadłości. Te niezwykle trudne kwestie są jednak tylko tłem dla opowieści o sile miłości i wsparcia.

Lisa Genova jest z wykształcenia neurologiem, więc w narrację niejako instynktownie wplata informacje o objawach i badaniach, które przedstawia w niezwykle przystępnej formie oddzielnych rozdziałów, które w polskim wydaniu opatrzono wyróżniającą się czcionką. Huntington jest uznawany za chorobę rzadką, co oznacza, że cierpi na nią mniej niż 5 osób na 100 000 mieszkańców. Według danych, które znalazłam na stronie Polskiego Stowarzyszenia Choroby Huntingtona (które objęło patronatem medialnym „Sekret O’Brienów”) w 2013 roku w Polsce było od 2,3-3 mln osób ze wspomnianą chorobą, co wydaje się liczbą dość małą, ale równocześnie ogromną, gdy weźmiemy pod uwagę, że statystyki pokazują ogół problemu a nie ilość przypadków w konkretnych rodzinach.

Jeśli chodzi o warstwę konstrukcyjną części fabularnej książki Lisy Genovy to jest ona dość niejednorodna. Przez dwie trzecie akcji naprzemiennie poznajemy perspektywę Joego i Katie, co znakomicie podkreśla złożoność sytuacji. Niestety, utworzony w ten sposób rytm zostaje zachwiany, kiedy zdajemy sobie sprawę, że część monologów wewnętrznych bohaterów musiałoby się powtórzyć. Wówczas dużo bardziej wyraźny staje się najsłabszy aspekt powieści, czyli warstwa językowa. Oczywiście bardzo trudno jest obiektywnie i rzetelnie ocenić przekład dokonany przez Joannę Dziubińską, warto jednak wspomnieć, że pierwsze rozdziały „Sekretu O’Brienów” wydają się być pozbawione rzetelnej korekty. Warto o tym wiedzieć, choćby po to, aby nie porzucać tej książki po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron, bowiem gdy już wciągniemy się w fabułę, nagle przestaniemy to dostrzegać.

Myślę, że dla autorki dużo ważniejsza od kunsztownej formy przekazu była treść, która miała uwrażliwić czytelnika. Bez wątpienia największym atutem „Sekretu O’Brienów” jest to, że Lisa Genova nadała chorobie Huntingtona ludzką twarz. Nie znajdziecie w tej książce ani krzty patosu. Zamiast tego opis trudnych przejść rodzinnych, będzie współistniał z pozytywnymi okruszkami codzienności, które sprawią, że powieść was nie przytłoczy, choć czasem wywoła strumienie łez. Finalnie „Sekret O’Brienów zostawi w was nadzieję, że nawet jeśli nie możecie liczyć na szczęśliwe zakończenie, to bliscy pomogą wam jak najpełniej wykorzystać czas, który wam pozostał.

                                                                             Anna Dral
--------------------------------------------------------------------------------------------------

Dorota Karaś – „ Cybulski. Podwójne salto”

W kwietniowy poranek klubowicze DKK rozmawiali o Zbigniewie Cybulskim.








 Dorota Karaś – „ Cybulski. Podwójne salto”

Był nazywany polskim Jamesem Deanem. O jego dość nieokiełznanym temperamencie i specyficznym podejściu do pracy krążyły legendy. Ulubieniec tłumów, który we własnej rodzinie czuł się nieco nieswojo. Kojarzony z jedną rolą, którą - jak mówią złośliwcy – odtwarzał przez całą karierę zawodową, zmieniając jedynie miejsca akcji i dekoracje. O kim mowa? Jeżeli interesujecie się historią polskiego kina, z pewnością już wiecie. Jeśli jednak ten opis nic wam nie mówi, być może zainteresuje was biografia autorstwa Doroty Karaś.
O fenomenie Zbigniewa Cybulskiego nie słyszałam dotąd zbyt wiele. Wstyd się przyznać, ale nie miałam jeszcze okazji obejrzeć żadnego filmu z jego udziałem, stąd z tym większą ciekawością sięgnęłam po kolejną książkę w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Już na pierwszych stronach autorka publikacji mocno mnie zaskoczyła, gdyż rozpoczęła opisywanie losów słynnego aktora niejako od końca, bo od jego podwójnego pogrzebu. Dlaczego podwójnego?! Odpowiedź na to pytanie jest dość prozaiczna, chociaż patrząc na cały biogram artysty można śmiało powiedzieć, że dualizm w różnej formie towarzyszył mu przez całe życie.
Zamiast jednak skupiać się na aspekcie tragicznej śmierci legendy polskiego kina, zacznijmy od czasów jego dzieciństwa, czyli okresu, który przez wiele lat był białą plamą w jego ogólnie znanym publicznym życiorysie. Zbigniew Hubert Cybulski przyszedł na świat 3 listopada 1927 roku w majątku Kniaże na Pokuciu. Tereny należące do jego dziadka z czasem stały się dla wnuka smutnym symbolem końca sielankowego dzieciństwa. Po wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski we wrześniu 1939 roku posiadłość Józefa Jaruzelskiego została mu bezpowrotnie odebrana. Był to również moment, kiedy rodzina Cybulskich została rozdzielona przez brutalną historię. Przyszły aktor nagle został sierotą i wraz ze swoim młodszym bratem trafił pod opiekę krewnych. Po latach okazało się, że rodzice Zbigniewa przetrwali czas wojennej zawieruchy.
Przyszły artysta po zdaniu matury w jednym z dzierżoniowskich liceów, stanął przed wyborem swojej drogi zawodowej. Pierwotnie Zbigniew chciał wybrać kierunek handlowy lub dziennikarski, ale po jakimś czasie zrezygnował z tych planów i zdecydował się na Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie. Choć sam wybór kierunku studiów utwierdził go w przekonaniu, że chce zostać zawodowym aktorem, to równocześnie uświadomił mu, że jego sukces raczej nie będzie związany z teatrem. Chłopak widział się, bowiem przed kamerą filmową. Wynikało to poniekąd z faktu, że student był dość niepewny siebie, co nie od razu dawało się zauważyć. W praktyce było dwóch Cybulskich, których cechy zdawały się wykluczać, ale istniały obok siebie w trudnej do określenia symbiozie.
Był Cybulski-aktor i Cybulski-człowiek. Tego pierwszego znali wszyscy jako przystojnego bruneta w ciemnych okularach, potrafiącego walczyć o swoje. Zbigniew w tej odsłonie mocno wierzył w improwizację, więc rzadko odgrywał sceny tak samo, czym potrafił rozsierdzić niemal całą ekipę realizacyjną. Taki styl pracy powodował czasem oszałamiający efekt. Podobno jedna z najważniejszych scen w „Popiele i diamencie” wypadła tak zjawiskowo, bo odtwórca postaci Maćka Chełmickiego po którymś z kolei dublu, postanowił w trakcie sceny oprzeć się, gdyż padał ze zmęczenia. Wyrazy niesubordynacji aktora na planie wcale nie wynikały z braku zrozumienia roli reżysera. Nasz bohater był, bowiem pomysłodawcą teatrzyku studenckiego Bim-Bom, z którym święcił triumfy w kraju i zagranicą.
Cybulski był szefem niezwykle wymagającym. Swoich kolegów z Bim-Bomu traktował po przyjacielsku, ale wymagał od nich bezwzględnego posłuszeństwa, punktualności oraz dbania o zdrowie na ile to było możliwe. Źródłem takiego postępowania były jeszcze czasy szkolne, kiedy przyszły aktor mocno udzielał się w harcerstwie jako drużynowy. Jak po wielu latach wspominał, z okresu dorastania wyniósł wiarę w siłę wspólnoty.
Jednak, kiedy flesze aparatów gasły, pewny siebie Zbigniew nagle zamieniał się w nieśmiałego i roztrzepanego Zbyszka, który ledwo przypominał filmowego amanta. Wówczas ujawniała się dużo mniej stabilna część jego osobowości. Nagle do głosu dochodziły zwykle skrywane emocje oraz skutki traumy wojennej. Mało kto wiedział, iż gwiazdor, który często stawiał drinki obcym, nie potrafił budować mocnych relacji rodzinnych, pomimo że chciał być dla swego syna dobrym ojcem. Natomiast tym, co jako pierwsze dało się zauważyć był fakt, że Cybulski wszędzie się spóźniał. Prawdopodobnie było to związane nie tylko z faktem, że nasz bohater był zapracowany. Nim aktor opuścił mieszkanie, musiał najpierw odnaleźć się w zostawianym przez siebie bałaganie, a później wielokrotnie sprawdzić, czy wszystko zamknął. Nie wiemy na pewno, czy mężczyzna cierpiał na nerwicę natręctw, ale jego niska samoocena sprawiła, że dość szybko popadł w chorobę alkoholową.
Szeroka publiczność nie miała pełnej świadomości problemów osobistych aktora, gdyż jego publiczny wizerunek szybko stał się symbolem realizacji amerykańskiego snu dostosowanego do PRL-owskich realiów. Cybulski żył niejako w dwóch światach. Występował w produkcjach zagranicznych, a równocześnie dzielił ze „zwykłymi” Polakami szarość głębokiego komunizmu. W jakimś sensie uosabiał rodzące się powoli pragnienie wolności, ale równocześnie niegotowość do okazania jawnego buntu. Sprzyjał temu fakt, że mężczyzna nigdy otwarcie nie mówił o swoich przekonaniach politycznych.  Krótkie i intensywne życie nie było wcale niczym szczególnym dla pokolenia twórców, których dorastanie lub wczesną dorosłość przerwała II wojna światowa. Podobnie jak Bogumił Kobiela, słynny kompozytor Krzysztof Komeda oraz pisarz Marek Hłasko, również Cybulski został zapamiętany nie tylko dzięki swojemu niewątpliwemu talentowi, ale także tragicznej śmierci.
 Choć Dorota Karaś w swojej książce „Cybulski. Podwójne salto” w bardzo szerokim kontekście pokazała sylwetkę swojego bohatera, to jednak nie odarła jej z nutki tajemnicy. Autorka dotarła do mnóstwa unikalnych materiałów, jednak w różnych kwestiach pozostawiła czytelnikom kilka niedopowiedzeń, co ma swoje wady i zalety. Brak w tej historii chociażby krótkiej informacji, dlaczego przyjacielskie relacje Cybulskiego z Kobielą nagle znikają z kart publikacji.  Z jednej strony ci, którzy pamiętają okres pracy twórczej Zbigniewa Cybulskiego, nie będą czuli, że muszą czytać o rzeczach, które doskonale znają. Jednak, dla pokolenia, które nie żyło w czasach PRL-u niektóre detale mogą być niejasne. Jest moment, gdy w omawianej biografii pojawia się postać Wojciecha Jaruzelskiego, który współcześnie kojarzy się jednoznacznie. Czy w związku z tym słynny gwiazdor był spokrewniony z generałem, który ogłosił stan wojenny? Większość znawców tematu twierdzi, że zbieżność nazwisk jest przypadkowa, ale nie wykluczają, iż panowie mogli dalekiej linii być w skoligaceni. Niestety, Dorota Karaś o tym nie wspomina, prawdopodobnie przypuszczając, że potencjalny czytelnik o tym wie.
Tak się złożyło, że gdy większość osób z mojego Dyskusyjnego Klubu Książki miało dopiero zaczynać lekturę pozycji wydawniczej „Cybulski. Podwójne salto” ja byłam już jakiś czas po jej przeczytaniu. Zostałam zapytana, czy to odpowiedni tytuł na rozpoczęcie przygody z biografiami. Jeśli nie jesteście zagorzałymi fanami słynnego aktora lub nie lubicie nieco naukowego stylu narracji, lepiej odłóżcie ten tytuł na później. Mnie sama forma przekazu zupełnie nie przeszkadza, z racji tego, iż od tego typu książek oczekuję przede wszystkim rzetelnie przywołanych i dobrze udokumentowanych w bibliografii faktów, a pod tym względem nie można autorce niczego zarzucić. Faktem jednak jest, że bezpośrednie cytaty włożone pomiędzy przemyślenia Doroty Karaś mogą wybijać z rytmu niewprawionych czytelników.
Uważam, że „Cybulski. Podwójne salto” to świetna biografia, pomimo, iż w trakcie lektury mocno odczułam, że nie jest ona skierowana do mnie. Jako osoba, której nie dane było żyć w czasach komunizmu, nie do końca odkryłam, dlaczego to właśnie Cybulski zawładnął sercami tak wielu Polaków. Podejrzewam, że ci, dla których słynny amant był idolem, znają odpowiedź na to pytanie. Sęk w tym, że każde pokolenie ma swoją ulubioną gwiazdę filmową, którą bezgranicznie podziwia. A to, że zwykle ich dzieci nie rozumieją tej fascynacji to już zupełnie inna kwestia.

                                                                                          Anna Dral
     ---------------------------------------------------------------------------------------------------------
 
 Martyna Bunda "Nieczułość"

Marcowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki było poświęcone książce Martyny Bundy „Nieczułość”.

Martyna Bunda – „Nieczułość”

O „Nieczułości” Martyny Bundy było niezwykle głośno już w momencie jej premiery. Książka znalazła uznanie zarówno wśród krytyków jak również czytelników. Wystarczy wspomnieć chociażby o nominacjach do Nike oraz nagrody Conrada. Co zadziwiające, chociaż wcześniej zetknęłam się z wieloma analizami tej pozycji, w mojej pamięci pozostały tylko ogólnikowe stwierdzenia, że jest to książka świetna, poruszająca i wstrząsająca. Usiadłam, więc do lektury kolejnej propozycji Dyskusyjnego Klubu Książki z dużymi oczekiwaniami.
Dziewcza Góra to mała miejscowość na Kaszubach, gdzie mieszka młoda wdowa wraz z trzema córkami. Kiedy je poznajemy, wydają się żyć lekko na uboczu swojej społeczności. Wynika to po części z faktu, że Rozela została swego czasu wyklęta przez rodzinę. Z biegiem lat kobieta zaznała odrobiny szczęścia, które przerwała nagła i tragiczna śmierć męża. Akcja „Nieczułości” toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat i opowiada o losach kobiet, które pomimo tego, że często się kłócą i podążają własną drogą, zawsze mogą na siebie liczyć. Ich relacje będą ewoluować, czemu trudno się dziwić zważywszy na fakt, że ich charaktery diametralnie się od siebie różnią. Najbardziej podobna do swojej mamy jest Gerta. Dziewczyna czułaby się najlepiej, żyjąc w zgodzie z rytmem pór roku, który dałby jej poczucie przydatności i stabilizacji, a równocześnie nieograniczonego kontaktu z naturą. Niestety, wraz z biegiem lat kobieta przekona się, że jej życie będzie oparte na niepewności i przekonaniu, że nie jest w miejscu, gdzie być powinna. Średnia z sióstr, czyli Truda, posiada charakter pełen sprzeczności. Uwięziona na wsi, marzy by na stałe przenieść się do miasta, gdzie mogłaby spełniać swoje aspiracje. Dziewczyna czuje, że wiele lat temu bezpowrotnie utraciła szansę na lepszy los. I w końcu Ilda – według matki zakała rodziny. To właśnie ona poświęci najwięcej, aby choć przez chwilę poczuć się naprawdę szczęśliwą.
Martyna Bunda postanowiła pójść stosunkowo rzadko eksploatowaną ścieżką. Fabuła powieści rozgrywa się w większości już po wygaśnięciu II wojny światowej. Mimo to gdzieś w tle czają się wspomnienia, których nie da się wymazać. Tym, co wyróżnia „Nieczułość” spośród innych powieści podejmujących temat traum bohaterek, jest fakt, że autorka nie skupia się wyłącznie na historiach osadzonych bezpośrednio na pierwszej linii frontu. Wyjątkiem od tej reguły są przeżycia Rozeli, będącej ofiarą nazistowskich żołnierzy. Kobieta po wojnie postanawia sama zmagać się z traumą, która wpłynęła na całe jej życie. Skrywane uczucie nieprzepracowanego bólu i wszechogarniającego strachu sprawia, że dom Rozeli jest specyficznym miejscem. Gospodyni rządzi w nim twardą ręką. Chociaż w życiu dorastających dzieci nie brakowało szczęśliwych chwil, to bywały momenty, kiedy matka przypominała nieczułą despotkę. Dziewczynki, które na naszych oczach dojrzewają, a później mierzą się z dorosłymi problemami, przez wiele lat nie będą wiedziały, co było źródłem zachowania ich matki. Nie zmienia to jednak faktu, że również one będą zmagać się ze społecznymi skutkami wojny, które zmieniły nie tylko kształt granic państw, ale także ludzką mentalność. I tak to, co w latach dwudziestych uchodziło za normę, po dwóch kolejnych dekadach nie było już tak oczywiste. Przekonała się o tym przede wszystkim Gerta, która musiała pogodzić się ze sprzeciwem matki względem jej związku z pewnym przystojnym młodzieńcem.
Na kartach „Nieczułości” miłość w czasach PRL-u łączy się z bezdusznymi realiami. Wydaje się jednak, iż bohaterki są na tyle silne, że nie potrzebują stałej obecności mężczyzn. Mimo to każda z nich na pewnym etapie życia jest w mniej lub bardziej udanym związku. Nie do końca zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że panowie pojawiają się w fabule tylko jako nic nieznaczący element tła. Faktem jednak jest, że akcję obserwujemy głównie oczami kobiet, którym nie są obce różnorodne trudne sytuacje.
Mam pewien problem z ukazaniem przełomowych chwil w życiu każdej z bohaterek. To te momenty stanowią zawsze punkt wyjścia do dalszej historii. W pierwszych rozdziałach poznajemy te wydarzenia wędrując pomiędzy teraźniejszością, a nagłymi retrospekcjami, co może wywołać poczucie lekkiej dezorientacji u niektórych czytelników. Być może to właśnie splecenie dwóch osi czasowych sprawiło, że początkowo „Nieczułość” bardziej przypominała mi formą zbiór opowiadań, aniżeli pełnoprawną powieść. Nie jest to jednak moim największym zarzutem względem tego tytułu.
Jak wcześniej wspomniałam, książka Martyny Bundy opowiada o znaczeniu traum wyniesionych z przeszłości. Specyficzna trzecioosobowa narracja jest prowadzona z perspektywy konkretnych bohaterek, które naprzemiennie ukazują nam swoje spojrzenie na sytuacje, z jakimi muszą się mierzyć. Jednak o pierwotnych źródłach podejmowanych przez nie decyzji dowiadujemy się w większości śledząc spostrzeżenia osób postronnych. I tak działań Ildy nie zrozumiemy w pełni bez fragmentów wspomnień Rozeli, mówiących o własnym, nagłym wdowieństwie. Taki sposób opowieści nieco łagodzi główny przekaz książki, który ginie gdzieś pomiędzy mocno poruszającymi czytelnika aspektami teraźniejszości kobiet. Choć ,,Nieczułość” robi bardzo dobre wrażenie pod względem przekazu emocji w trakcie czytania, to sama opowieść szybko zaciera się w pamięci odbiorcy. Pozostają w nas uczucia, ale już niekoniecznie wydarzenia, które je spowodowały. Czy to źle? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta.
Debiut literacki Martyny Bundy jest utworem idealnym, jeśli analizujemy go jako całość. Problem zaczyna się, gdy rozpatrujemy każdy występujący motyw fabuły oddzielnie. Wtedy dostrzegamy, ile w tej książce niewykorzystanego potencjału. Poruszana problematyka utworu jest wszak na tyle bogata, iż zasługiwałaby na szersze omówienie. Jest co najmniej kilka drażliwych kwestii, które autorka porusza mimochodem tylko w kilku akapitach, by nigdy do nich nie powrócić. Poniekąd rozumiem taką decyzję. Gdyby poszerzyć fabułę chociażby o aspekty związane z pedofilią w polskim Kościele, powstałaby powieść, o dużo głębszym wydźwięku, ale prawdopodobnie mniejszej popularności. „Nieczułość” mogłaby być kanwą dla co najmniej kilku interesujących książek o ważnych zagadnieniach społecznych.
Nadmiar krótkich, lecz emocjonalnych scen sprawił, że po kilku tygodniach od lektury książki, pamiętałam z niej bardzo nieliczne fragmenty. W trakcie przypominania sobie kolejnych detali powieści, odkrywałam jednak drobiazgi, których wcześniej nie widziałam. Równocześnie czułam coraz większy niedosyt. W moim przekonaniu „Nieczułość” jest książką dobrą, która mogła być powieścią wybitną, gdyby Martyna Bunda podkreśliła kilka drobiazgów, które są mało widoczne podczas pierwszego czytania.

                                                                            Anna Dral
             
            --------------------------------------------------------------------------------------------------

Anna Dral – najlepsza recenzentka roku 2017

Anna Dral na spotkaniu DKK odebrała nagrodę niespodziankę za recenzję roku 2017 w konkursie „Klubowicze do klawiatur” przyznaną przez Instytut Książki za recenzję książki Magdaleny Witkiewicz „Ballada o ciotce Matyldzie”. Jury doceniło profesjonalizm, a także pełne empatii spojrzenie na przedstawioną w książce historię, a od nas klubowiczów był tort,  kwiaty, gratulacje, podziękowania oraz tradycyjne sto lat…


--------------------------------------------------------------------------------------------------

W rywalizacji w trwającym przez cały rok konkursie zorganizowanym przez Instytut Książki „Klubowicze do klawiatur” na recenzję dla czytelników skupionych w Dyskusyjnych Klubach Książki Ania Dral odniosła kolejny sukces. Otrzymała nagrodę za najlepszą recenzję miesiąca października 2018 r., za recenzję książki Fannie Flagg – „Całe miasto o tym mówi”. Życzymy Ani kolejnych literackich inspiracji i serdecznie gratulujemy wyróżnienia!!!

  



Fannie Flagg – „Całe miasto o tym mówi”

Myśląc o XIX-wiecznej emigracji Europejczyków do Stanów Zjednoczonych, rzadko bierzemy pod uwagę, że dotyczyła ona nie tylko środkowo-wschodniej części naszego kontynentu oraz Wielkiej Brytanii, ale także krajów skandynawskich. O skali tego zjawiska może świadczyć fakt, iż w pierwszych dwóch dekadach XIX wieku swoją ojczyznę opuściło 1,5 miliona Szwedów. Tak duże zainteresowanie wyprawą na nowy kontynent było oczywiście w jakiejś mierze wynikiem naturalnej ludzkiej ciekawości. Jednak główne powody masowego opuszczenia ojczyzny przez Skandynawów miały dużo bardziej realistyczne podstawy, wynikające zarówno z ówczesnych warunków pogodowych, jak również kwestii politycznych.  Bogobojni chłopi, chcąc uniknąć prześladowań oraz pragnąc krzewić restrykcyjną wiarę na nowym lądzie, wyprzedawali swój majątek, by za Atlantykiem budować nowe życie. Biedniejsi decydowali się czasem na wieloletnią rozłąkę, by pracując daleko od domu, móc finansowo wspierać bliskich, mieszkających w Szwecji. Właśnie przed wyzwaniem zbudowania własnego miejsca na ziemi stanął założyciel Elmwood Springs Lordor Nordstrom, kiedy pewnego dnia stanął na jednym ze wzgórz, które właśnie kupił i oczami wyobraźni zobaczył pełną życia miejscowość, której punktem centralnym miała stać się jego własna mleczarnia o nazwie Słodka Koniczyna oraz miejsce, które zostanie nazwane Spokojnymi Łąkami. Tak właśnie rozpoczyna się niezwykle ciepła i wzruszająca historia o ludziach i czasach, za którymi wielu z nas tęskni.
Pierwsze pokolenie przybyszów przeniosło swoje konserwatywne zwyczaje do nowego kraju, ale wraz z biegiem lat europejska tożsamość ich dzieci i wnuków bezpowrotnie się zatarła. Fabuła powieści rozgrywa się na przestrzeni ponad stulecia, co uwidacznia przemiany społeczne. Książka podzielona jest nie tylko na rozdziały, ale także dekady, których tytuły nawiązują do amerykańskiej kultury lub historii. Fannie Flagg bardzo płynnie przedstawia proces asymilacji Europejczyków w Stanach Zjednoczonych oraz ich reakcje na takie nowości jak telewizja, Internet czy wielkopowierzchniowe centra handlowe. „Całe miasto o tym mówi” to książka w pewnym sensie o istocie amerykańskiej mentalności. Ukazany obraz jest jednak uproszczony ze względu na dość sielankową konwencję powieści. Mimo to bardziej zorientowani czytelnicy z łatwością odnajdą odniesienia do amerykańskich tropów kultury, które czasem skłonią ich do uśmiechu, a innym razem do przemyśleń. Autorka poświęciła sporo miejsca na pokazanie w krzywym zwierciadle takich problemów jak otyłość olbrzymia czy trudna sytuacja osób żyjących ma granicy ubóstwa. Trzeba jednak podkreślić, że większość najtrudniejszych kwestii jest poruszanych w tak delikatny sposób, że nadmiernie nie przytłaczają one odbiorcy. Niestety w fabule znajdziemy także zbyt patetyczne wątki patriotyczne, które niekoniecznie mogą przypaść do gustu osobom nastawionym na lekką lekturę. Z drugiej strony, gdy widzimy mieszkanki Elmwood Springs w grupie pierwszych amerykańskich sufrażystek zdajemy sobie sprawę, że to właśnie w małych miejscowościach często tkwi siła wielkich zmian.
 „Całe miasto o tym mówi” to powieść nie tyle o konkretnych bohaterach, co o ich życiu w małej skonsolidowanej społeczności, która w pewnym stopniu jest samowystarczalna. Tutaj każda osoba jest fragmentem większej całości. Mimo, że fabuła nie ma dominującego wątku to wykreowane postacie są bardzo realistyczne. Dzięki temu niezwykle łatwo utożsamić się z przeżywanymi przez nie emocjami oraz odnaleźć w nich cząstkę siebie lub kogoś z własnego otoczenia. Każdy z kilkunastu bohaterów tworzy atmosferę i dziedzictwo miejsca, w jakim żyje. Uczestnikom spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki najbardziej podobał się klimat małych sklepików, gdzie każdy klient czuje się jak w domu. To rzeczywistość, gdzie rodzinne problemy, choć skrywane w zaciszu czterech ścian, zdają się istnieć w plotkach i domysłach sąsiadów. Jednak mimo niedopowiedzeń mieszkańcy potrafią wspólnie rozwijać swoje miasto.
Głównym motywem powieści jest przemijanie widziane z wielu perspektyw. Bo któż z nas prędzej czy później nie zada sobie pytania, co będzie ze mną, gdy któregoś dnia zniknę z tego świata? Czy ktoś zapłacze nad moją trumną? A może jest tak, że umieramy dla innych dopiero wtedy, gdy nikt nie będzie o nas pamiętał? Właśnie ten temat stał się dla Fannie Flagg elementem spajającym wszystkie wątki. Ta kwestia nabiera jeszcze większego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że ,,Całe miasto o tym mówi” to nie tylko książka podsumowująca czteroczęściowy cykl o nazwie Elmwood Springs (poprzednie trzy tomy ukazały się kilka lat temu nakładem wydawnictwa Nowa Proza), ale także powieść po której autorka oficjalnie oznajmiła zakończenie swojej kariery literackiej. Poniekąd stąd wynika dla mnie największy minus tej książki. „Całe miasto o tym mówi” miałoby dużo mocniejszy wydźwięk, gdyby historia miała otwarte zakończenie, które musiałby dopowiedzieć sobie czytelnik.
Książka zaskoczyła mnie nie tylko tym, że można potraktować ją, jako jednotomową historię. Doceniam, bowiem wyjątkowo ciepły język powieści, który jest zapewne wynikiem nie tylko wybitnego warsztatu pisarskiego Fannie Flagg, ale także świetnego polskiego przekładu, dokonanego przez Dorotę Dziewońską. Pomimo, że niezbyt lubię sielankowe opowieści, proza amerykańskiej autorki była dla mnie tak niezwykle otulająca, że nie chciałam się z nią żegnać. Wszak właśnie do takiego świata warto zawitać w chłodne jesienno-zimowe wieczory.
                                                                                                                      Anna Dral








------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ewelina Kłoda – Zapach wspomnień”

Zapachy odgrywają w naszym życiu ważną rolę. To one przywołują bardziej lub mniej przyjemne wydarzenia, rzeczy, osoby. Przywracają pamięć o tym, co wydawałoby się, że już dawno odeszło w zapomnienie. O tym wszystkim przekonają się bohaterki niniejszej powieści - trzy matki i trzy nastoletnie córki. Autorka przedstawiając dwa pokolenia bohaterek sprawiła, że w lekturze idealnie odnajdzie się zarówno dojrzała czytelniczka, jak i nastolatka. I co najważniejsze, to to, żeby autor nie krytykował, nie osądzał swoich bohaterów, pozwolił im na samodzielne podejmowanie decyzji. Tu to wszystko zagrało. Poznając nastolatki, ich relacje z rodzicami i problemy z jakimi się borykają, dostajemy obraz tego, co możemy spotkać na co dzień u siebie w domach. Pozwala to nam na wyciągnięcie własnych wniosków z ich postępowania, podjętych decyzji, a być może i znalezienia rady na nasze własne kłopoty. Książka jest znakomitym impulsem do zmian. Pokazuje nam, że nigdy nie jest za późno, aby zawalczyć o lepszą przyszłość, szczęście i miłość. Drugą sprawą jest to, że często nie potrafimy prosić o pomoc. Ta książka pokazuje, żebyśmy nie bali się o nią prosić. Pierwszy krok jest trudny, ale najważniejszy. Warto go zrobić. To dobra pozycja dla każdego, kto lubi literaturę obyczajową skoncentrowaną na codziennym życiu, konkretnych problemach, obfitującą w realistyczne postacie oraz opisy ich myśli i przeżyć.


Ewelina Kłoda - „Zapach wspomnień”

Nie jest łatwo opisać zwyczajną rzeczywistość tak, aby zainteresować współczesnego czytelnika. Choć w pewnych kręgach zwykło się uważać, że literatura obyczajowa jest mało ambitna, to każdy z jej twórców prędzej czy później staje przed wyzwaniem jak opowiedzieć wymyśloną historię tak, abyśmy poczuli, że opisywana sytuacja mogłaby dotknąć również nas – oczywiście przy założeniu, że fikcja nagle stałaby się prawdą. I tu pojawia się problem. Większość ludzi nie doświadcza jedynie spektakularnych sukcesów i druzgocących porażek. Pochłania nas szara codzienność, która ma często słodko-gorzki smak. Pełno w niej drobinek szczęścia i małych problemów, które z biegiem czasu mogą zostać rozwiązane lub rozrosnąć się do niebagatelnych rozmiarów. Aż chce się powiedzieć, że nie ma nic prostszego dla autora, jak zainspirować się jednym z nich i opisać swoje przemyślenia przelewając je na papier. Sęk w tym, że patrząc na wiele trudnych sytuacji z boku, nie dostrzegamy ich prawdziwego ciężaru. Zestawiamy je z tym, co widoczne i mówimy, że przecież mogło być gorzej. Tymczasem gdzieś obok nas ktoś mierzy się z własnym dramatem lub (co równie częste) na własnej skórze doświadcza jego długofalowych skutków. Właśnie takie niedostrzegalne na pierwszy rzut oka kłopoty postanowiła opisać w ,,Zapachu wspomnień” Ewelina Kłoda.
Siedemnastoletnia Alicja przeprowadza się wraz z rodzicami z Wieliczki do Bielska-Białej. Dla rodziny Ciszewskich to poważny krok. Gdy ich poznajemy jest właśnie pierwszy września i siedemnastolatka wychodzi do swojego nowego liceum. Jej matka patrzy na wychodzącą córkę z mocno skrywaną dumą, mimo że jeszcze pięć minut wcześniej zrobiła jej karczemną awanturę za nieposprzątany pokój. Można powiedzieć, że w życiu Grażyny panuje wszechobecna sterylność i to nie tylko jeśli spojrzymy na wygląd jej mieszkania. Członkowie rodziny dziennikarki żyją trochę obok siebie mimo, iż wszyscy troszczą się o siebie nawzajem. W relacjach Ciszewskich brakuje tego, co zwykliśmy nazywać ciepłem domowego ogniska. Wydaje się, że każde okazanie pozytywnych uczuć może zakończyć się zachwianiem wypracowanej równowagi.
Najgorzej z brakiem bliskości radzi sobie Alicja, która obawia się, że nie odnajdzie się w nowym otoczeniu. Na szczęście szybko okazuje się, że po drugiej stronie klatki schodowej mieszka przesympatyczna staruszka, która zawsze jest gotowa ugościć dziewczynę i poczęstować ją domowym ciastem. Ala nie wie jednak o tym, że pani Iwańska dostrzegła w niej, coś znajomego. Ten element sprawi, że już niedługo nastolatka będzie musiała nie tylko zmierzyć się z długo skrywaną traumą, ale także pomóc komuś, kto od wielu miesięcy przechodzi to samo, co ona. Nim jednak Alicja dowie się, co łączy ją z zamkniętym w sobie wnukiem starszej pani, pozna dwójkę nowych przyjaciółek, których życie również nie jest łatwe.
Pierwsza z nich to Patrycja, która pełni rolę obiektu szyderstw większości uczniów bielskiego liceum. A wszystko przez kilka kilogramów nadwagi, które nie byłyby dla nastolatki zbyt dużym problemem, gdyby nie fakt, że podkochuje się w najprzystojniejszym chłopaku w szkole. Jednak nie dość, że Paweł zdaje się ją ignorować, to jeszcze grupa jego kumpli wymyśliła dla niej przezwisko, które ewidentnie kojarzy się z grubymi ludzikami z pewnej reklamy. Z biegiem dni, okaże się, że Pati podobnie jak jej nowa miłość interesuje się filmami. Pytanie jednak brzmi, czy młody człowiek będzie na tyle dojrzały, aby przyznać się do fascynacji swoją rówieśniczką, czy raczej bezlitośnie zagra na jej uczuciach, dając swoim kumplom powód do rozrywki.
Mogłoby się wydawać, że w tych okolicznościach, Patrycja powinna znaleźć azyl wśród swoich bliskich. Patrząc jednak na życie dziewczyny z boku, widzimy, że szkolne wyzwiska są zaledwie przygrywką do tego, co słyszy, kiedy przekroczy próg własnego domu. Rodzina Stankiewiczów od lat doświadcza przemocy, której główną ofiarą jest matka siedemnastolatki. Musicie jednak wiedzieć, że ani Basia ani żadna z jej dwóch córek nigdy nie zostały skrzywdzone fizycznie. Szymon stał się mistrzem innego sposobu dręczenia, które pozostawia po sobie trwałe – choć niewidoczne - ślady. Barbara od lat żyje pod wpływem ogromnej presji ze strony męża, który przy każdej nadarzającej się okazji bez skrupułów miesza ją z błotem. Kobieta codziennie słyszy, że bez Szymona, zapewniającego jej „dobry” byt, byłaby nikim. Basia zaczyna w to wierzyć, popadając w marazm, który w coraz bardziej odbija się na jej zdrowiu. Na szczęście nasza bohaterka zawsze może liczyć na pomoc Patrycji. Czy jednak odważy się zawalczyć o siebie, nim będzie za późno?
Na trwanie w toksycznym związku na pewno nie pozwoliłaby sobie Małgorzata, która jest przekonana o tym, że najlepszą decyzją w jej życiu był rozwód. Niestety kobiety z rodziny przebojowej prawniczki zdają się nie podzielać jej zdania. Gosia stara się nie skupiać na krytyce, lecz tym, co osiągnęła przez ostatnie dwa lata. Teraz, bowiem może budzić w swoim otoczeniu podziw oraz współczucie. Bohaterka obawia się jednak, że taka sytuacja nie potrwa długo. Wszystko dzięki nowemu mężczyźnie, który widzi w Małgosi to, co najpiękniejsze. Mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego, jak dać porwać się nowego uczuciu. Małgorzata boi się jednak, że angażując się w nowy związek zrazi do siebie nie tylko znajomych, ale przede wszystkim swoją córkę, która od miesięcy obwinia ją za rozpad rodziny Żaków.
Przejdźmy tutaj do ostatniej z naszych głównych bohaterek, czyli Eli. Ta siedemnastolatka dla wielu może być uosobieniem wszystkiego, co we współczesnej młodzieży najgorsze. Na co dzień dziewczyna nosi mocny makijaż i kusą spódniczkę, a z jej ust często można usłyszeć wulgaryzmy. Niemal nikt jednak nie wie, że ta rezolutna buntowniczka, pod grubą warstwą pudru, skrywa zagubioną i wrażliwą nastolatkę. Dziewczyna pomimo tego, że jest drugą co do popularności nastolatką w szkole, nie czuje się kochana ani przez ojca, który poświęca jej czas jedynie w weekendy, ani przez matkę, wolącą wypić lampkę wina na imprezie niż porozmawiać z własnym dzieckiem. Poczucie samotności Ela stara się zrekompensować sobie w relacjach z chłopcami, którzy nie zawsze traktują ją poważnie. W życiu dziewczyny znajduje się jednak ktoś, komu naprawdę na niej zależy.
Gdybym miała określić ,,Zapach wspomnień” jak najmniejszą ilością słów, powiedziałabym, że to opowieść o sześciu kobietach, ich problemach, a także trzech zupełnie różnych relacjach matek z córkami. Może się wydawać, że zarówno ten krótki opis, jak również dokonane przeze mnie wcześniej wprowadzenie do głównych wątków powieści, są banalne. Jednak, gdy spojrzymy na ukazane sytuacje bliżej, że zdziwieniem stwierdzimy, że Ewelina Kłoda rozpoczyna swoją fabułę dokładnie w miejscu, gdzie większość pisarzy by ją skończyło. Autorka porusza, bowiem tematy, które ogólnie uważane są za zbyt błahe, by poświęcać im opasłe publikacje, a równocześnie zbyt poważne, żeby całkowicie je ignorować. Jak przekonamy się na kartach powieści, czasem małe kłopoty, o których nie myślimy z racji innych zmartwień, mogą prowadzić do wielkich tragedii.
Fabułę poznajemy oczami trzech matek oraz ich córek. Każda z sześciu głównych bohaterek opowiada nam swoją unikalną historię. Ewelina Kłoda, będąc z wykształcenia pedagogiem, potrafiła niezwykle głęboko, a równocześnie z dużą dozą empatii, przedstawić przeżycia budowanych przez siebie postaci, unikając przy tym jednoznacznych ocen. Tym, co wyróżnia „Zapach wspomnień” na tle innych książek o podobnej tematyce, jest niezwykle realistyczny opis emocji wewnętrznych bohaterów. Wydaje mi się, że wiele współczesnych czytelniczek doskonale odnajdzie się, choćby w poniższym cytacie:
„Tkwimy w czterech ścianach swoich mieszkań i domów, poświęcamy życie i marzenia dla rodziny, aż w końcu budzimy się pewnego dnia z tym przerażającym poczuciem porażki i niespełnienia. Nie żałujemy ani jednej chwili poświęconej naszym dzieciom, ich szczęście jest w końcu naszym szczęściem, ale żałujemy, że w tym wszystkim tak mało znalazło się miejsca dla nas samych. A przecież my także miałyśmy kiedyś ambicje i plany. Co się z nimi stało? Dlaczego w tym wszystkim zabrakło nam czasu na ich realizację? Dlaczego zapomniałyśmy o sobie? (...)
Tyle się naczytałam o tym, że nie można tak żyć, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, że nie należy pozwalać partnerom na poniżanie, szantażowanie i przemoc. (...) a mimo to tak wiele z nas nadal tkwi w związkach, które nie przynoszą nam nic oprócz nieszczęścia, żalu za straconą szansą, poczucia zniewolenia i bezsilności. (...) Bo się boimy, że nie damy sobie rady. Po latach wysłuchiwania, że jesteśmy głupie i nic nie warte, nie wierzymy, że w pojedynkę możemy cokolwiek osiągnąć. Bo wciąż się łudzimy, że w końcu kiedyś będzie lepiej. Bo przeraża nas samotne macierzyństwo i wychodzimy z założenia, że lepszy byle jaki ojciec niż żaden. Bo nie chcemy otwarcie przyznać się do porażki. Jest nam wstyd ujawnić swoje problemy przed rodziną, znajomymi, sąsiadami. Przecież matki nas ostrzegały, kiedy zaślepione miłością nie dostrzegałyśmy wad naszych wybranków. Bo boimy się skrzywdzić nasze dzieci. Bo w naszym społeczeństwie wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta dla rodziny powinna poświęcić siebie, w przeciwnym razie zostanie nazwana karierowiczką lub samolubną egoistką. Bo szczęśliwa rodzina nadal jest u nas miarą sukcesu kobiety i wolimy oszukiwać, udawać, grać, niż otwarcie przyznać się do tego, że z naszym małżeństwem jest coś nie tak. Bo same niejednokrotnie wyrastałyśmy w rodzinach, w których ojciec źle traktował matkę, i wychodzimy z założenia, że miłość taka po prostu jest — trudna i bolesna. Pełna wzlotów i upadków. Pełna nadziei, że nadejdzie dzień, w którym coś zmieni się na lepsze. I pełna rozczarowań. Nikt nas nie nauczył, że można kochać po partnersku, dzielić się obowiązkami, szanując się nawzajem. Z czasem tracimy wiarę w to, że taka miłość jest w ogóle możliwa lub nie czujemy się takiej miłości warte. Bo szara rzeczywistość rzadko wygląda tak, jak ta przedstawiona w filmach czy książkach”
Na kartach ,,Zapachu wspomnień, jak już wcześniej wspomniałam, śledzimy trzy unikalne relacje między matkami a córkami. Mamy tu rodzica obojętnego, wymagającego i budującego więź z dzieckiem na zasadzie przyjaźni. Autorka nie potępia konkretnych modeli wychowania, ale korzystając z wydźwięku konkretnych historii, pokazuje ich słabe i mocne strony. To o tyle cenne, że uważny czytelnik dostrzeże, że opowieści matek i ich nastoletnich córek są pod pewnymi względami zbieżne. Nie dublują się jednak wydarzenia, lecz pewnie podświadome schematy, w jakie wpada młode pokolenie, obserwując swoich rodziców. Ewelina Kłoda swoją powieścią zdaje się potwierdzać porzekadło, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a równocześnie mówi, że możemy wyjść ze spirali złych wyborów, jeśli zdamy sobie sprawę z prawdziwych przyczyn ich występowania. Oczywiście, możemy również inspirować się dokonaniami innych. Wszak to, jaką ścieżką podążymy, zależy w dużej mierze od nas.
Pomimo tego, że cała powieść prowadzona jest w narracji trzecioosobowej, to jednak skupia się na punkcie widzenia bohatera, który w danym momencie opowiada nam swoją historię. Taki sposób opowiadania akcji doskonale pokazuje, jak konkretne postacie widzą rzeczywistość, a jednocześnie umożliwia pewne zaskoczenie, gdy o tej samej sytuacji mówi inna osoba. W niektórych przypadkach to właśnie zmiana perspektywy zestawiona ze spojrzeniem głównej bohaterki, ujawnia czytelnikowi nieuświadomioną istotę problemu. Częściej jednak obiektywizm pozbawia odbiorcę złudzeń, że dana kobieta pozbędzie się twoich trosk bez niczyjej pomocy lub chociażby kilku ciepłych słów z zewnątrz.
„Zapach wspomnień” jest bardzo dobrym połączeniem prozy obyczajowej z literaturą Young Adult. Tutaj należy wspomnieć, że autorka w idealny sposób łączy dwie konwencje literackie. Widzimy jak mocno nastolatkowie przeżywają szkolne dylematy związane ze znalezieniem swojego miejsca w grupie czy pierwszymi miłościami. Gdy dorastamy przechodzimy wszak przez burzę hormonalną, w której czasem trudno się odnaleźć. Autorka opisując problemy młodzieży, opiera swoją fabułę na dużej ilości dialogów, które ujawniają ich emocje w określonej chwili. Całość dopełniają pojawiające w treści tytuły piosenek, które były na szczytach list przebojów jeszcze kilka lat temu. Punkt widzenia nastolatek stoi `w pewnej sprzeczności do narracji ich matek, które opierają się w znacznej mierze na monologach wewnętrznych. Tak kontrast tworzy pewien rodzaj bariery między starszym a młodszym pokoleniem.
Muszę przyznać, że spodziewałam się, iż skoro młode bohaterki są przyjaciółkami, taka sama relacja będzie dotyczyć ich rodziców. Na szczęście Ewelina Kłoda połączyła losy dorosłych kobiet w dużo bardziej satysfakcjonujący sposób. Większość z pań, bowiem nigdy nie spojrzy sobie w oczy, choć ich ścieżki w pewnej chwili na moment się przetną, o czym one same nie będą miały pojęcia. Autorka wskazuje, że czasem nieświadomie wpływamy na decyzje innych osób. Zdecydowanie najsilniejszym elementem powieści jest jednak niezwykle realistyczne domknięcie wszystkich wątków. Co prawda znajdziemy tutaj cukierkowe rozwiązania, ale będą również historie, które nie skończą się dla naszych bohaterów szczęśliwie.
Na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki padło stwierdzenie, że „Zapach wspomnień” to książka o rodzinach patologicznych. Nie do końca się z tym zgadzam. Wydaje mi się, że Ewelinie Kłodzie udało się uchwycić początki niepokojących zachowań, które zdarzają się w wielu z pozoru zwyczajnych rodzinach. Fakt, że z biegiem fabuły widzimy, że ukrywane sekrety zamieniają się w prawdziwe trudności, pokazuje tylko, że nikt z nas nie może być pewien, że któregoś dnia nie znajdzie się w sytuacji, która może zmienić się uzależnienie od kogoś lub nałóg.
Jeśli chodzi o moją subiektywną ocenę książki, to mam pewną zagwozdkę. Nie ukrywam, że powieść Eweliny Kłody stała się jedną z moich ulubionych. Mimo to mam pełną świadomość jej lekkiej schematyczności. Siła fabuły jednak tkwi w tym, że autorka powtarzalne wzorce pogłębia o genialną warstwę psychologiczną, tworząc w ten sposób bardzo dobrą powieść. Poczucie zwyczajności towarzyszyło mi również, jeśli chodzi o ocenę wyglądu okładki. Co jest ciekawego w grafice inspirowanej widokiem skórki pomarańczowej? Zapewne nic, ale uwierzcie mi, że kiedy książka czekała na swoją kolej na mojej półce odwrócona grzbietem, to właśnie na nią najczęściej padał mój wzrok.
,,Zapach wspomnień" to książka, którą warto czytać w gronie rodzinnym. Podejrzewam, że wspólna lektura starszych nastolatek i ich matek może sprowokować je do zastanowienia się nad istotą łączących je więzi. Niezależnie od jakiego pokolenia należycie, zapewne w trakcie czytania bliższych Wam fragmentów, będziecie chcieli krzyknąć w kierunku rodzica lub dziecka, że właśnie tak wygląda wasz sposób odbierania rzeczywistości. To może sprawić, że przepaść pokoleniowa istniejąca pomiędzy nastolatkami a ich rodzicami będzie nieco mniejsza.                  
                                                                                                                    Anna Dral

      



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Foroutan Parnaz – „Dziewczyna z ogrodu”

Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki było poświęcone książce Foroutan Parnaz „Dziewczyna z ogrodu”.

Kiedy w 2016 roku na polskim rynku wydawniczym pojawiła się powieść „Dziewczyna z ogrodu”, niemal natychmiast wzbudziła moje zainteresowanie. Książka Parnaz Foroutan wydawała się, bowiem zupełnie zbieżna z moim gustem czytelniczym. Liczyłam na to, że odnajdę w niej niezwykłą i nieznaną mi dotąd historię perskich Żydów, którzy przez ogół muzułmańskiego społeczeństwa byli traktowani wyłącznie, jako wyklęci innowiercy. Miałam też ogromną nadzieję, że autorka, opowiadając historię inspirowaną dziejami własnej rodziny, nie popadnie w dość popularny schemat romansu osadzonego w arabskich realiach. Kiedy po niemal dwóch latach od polskiej premiery, książka wreszcie trafiła w moje ręce w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki, byłam niezwykle podekscytowana przyszłą lekturą. Jednak po przeczytaniu blurba na okładce mój entuzjazm niespodziewanie zamienił się w podświadome przeczucie, że książka nie spełni moich oczekiwań. Będąc osobą z gruntu pragmatyczną, postanowiłam nie zwracać uwagi na zapaloną gdzieś z tyłu głowy lampkę ostrzegawczą i po prostu zacząć czytać.
Gdzieś na przedmieściach Los Angeles istnieje przepiękny ogród, w którym pośród wonnych kwiatów i zielonych roślin znajduje się niepozorny krzew granatu. Tym rajskim miejscem od lat opiekuje się dobiegająca kresu życia staruszka. Dla samotnej Mahbube przycinanie, podlewanie i pielęgnacja rabat i grządek stanowi sens życia. Niestety postępująca demencja sprawia, że kobieta powoli traci kontakt z rzeczywistością. Coraz częściej myśli starszej pani powracają do czasów dzieciństwa, które spędziła w Iranie oraz historii, która na zawsze pozostanie w jej pamięci.
Przenieśmy się wraz z bohaterką do jej wspomnień z 1917 roku. Na obrzeżach miasta Kermanszah na terenie getta żydowskiego mieszka majętny klan Malakutich. Jedną z najważniejszych osób w rodzinie jest wdowa Zolecha, która przez wiele lat samotnie wychowywała swoich dwóch synów, którzy teraz są dla niej podporą. Starszy z nich z sukcesem pomnożył majątek po ojcu, dzięki czemu stał się najbogatszym Żydem w okolicy. Aszer nie ma jednak tego, czego pragnie najbardziej, czyli syna. Pomimo usilnych prób jego żona wciąż co miesiąc chodzi do mykwy[1], co jest namacalnym dowodem, że jego starania zakończyły się fiaskiem. Sama Rachel czuje coraz większą presję zwłaszcza, kiedy słyszy od teściowej:
„No, córeczko! Już nie jesteś dzieckiem, od paru lat jesteś żoną. Pamiętaj: żadnego wstydzenia się, zapomnij o (...) głupstwach i potraktuj to jak swoje wielkie zadanie, które musisz po mistrzowsku wykonać - dla własnego dobra"[2].
Kiedy młodszy z braci Ibrahim oznajmia, że za kilka miesięcy zostanie ojcem, Aszer podejmuje decyzję, która na zawsze zmieni relacje w rodzinie. Stawia żonie ultimatum nie do odrzucenia. Jeśli Rachel w najbliższym czasie nie zajdzie w ciążę, to on będzie zmuszony zrobić coś, co radykalnie obniży jej status w rodzinie. W tym miejscu zaczyna się wstrząsająca opowieść o miłości, zdradzie, zazdrości oraz roli kobiet w fundamentalnej i odizolowanej społeczności żydowskiej.
Już na początku fabuły mamy wrażenie, że jeden mały kamyk niepewności wzbudzi lawinę wszechogarniającego mroku. Klan Malakutich ma to do siebie, że niemal każdy z jego członków składa się z maksimum trzech często wykluczających się cech charakteru, wśród których przynajmniej jedną możemy potraktować, jako przejaw najgorszych instynktów. W związku z tym, większość postaci pełni w historii podwójną rolę – zarówno kata jak i ofiary. Parnaz Foroutan chyba w niewystarczający sposób opisuje zarówno sztywne zasady panujące w społeczności perskich Żydów, jak również ich stosunek do reguł, które wymusza na nich muzułmańskie społeczeństwo, abyśmy mogli prawidłowo rozeznać sytuację. To sprawia, iż odbiorca jest skłonny nakładać współczesny system oceny. Wówczas bardzo łatwo uznać, że Aszer – albo wręcz przeciwnie jego żona – są jedynymi winnymi. Tymczasem, kiedy nałożymy na przedstawioną historię aspekt presji społecznej, to dostrzeżemy, że ocena ich postępowania jest niejednoznaczna. Znając kontekst wydarzeń doskonale zdajemy sobie sprawę, co skłania konkretnych bohaterów do takich, a nie innych zachowań, co wcale nie oznacza, że popieramy ich działania.
Tym, co wysuwa na pierwszy plan, jeśli chodzi o „Dziewczynę z ogrodu”, to ogromny ładunek emocjonalny, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że inspiracją do napisania powieści były realne wydarzenia, które z czasem w naturalny sposób stały się legendą. Początkowo Parnaz Foroutan chciała jak najwierniej odtworzyć losy swojej krewnej, ale dość szybko okazało się, że nie będzie to łatwe. Podobnie jak w przypadku wielu innych historii, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie w formie ustnych opowieści, w pamięci potomnych istniało kilka wersji tego, co tak naprawdę miało miejsce. Foroutan w związku z tym zdecydowała się zastosować dość niekonwencjonalny zabieg. Mianowicie wzięła wszystkie zasłyszane opowieści o życiu Rachel i włożyła je do swojej książki, nie zastanawiając się czy konkretne detale będą do siebie pasować. Jeśli w tym momencie zastanawiacie, jakim cudem „Dziewczyna z ogrodu” jest powieścią dość spójną, choć chaotyczną, to śpieszę z wyjaśnieniem. Elementem spajającym całą fabułę są wspomnienia Mahbube, czyli postaci pełniącej rolę dość niezwykłej narratorki, której nie do końca możemy ufać. Staruszka (której pierwowzorem była babcia samej autorki) snuje swoją opowieść niczym baśń, by gdzieś po drodze przejął ją trzecioosobowy narrator, przypominający bezdusznego i łasego na sensację dziennikarza.
Długo zastanawiałam się, dlaczego Parnaz Foroutan zdecydowała się połączyć dwie skrajnie różne konwencje literackie. Okazuje się, że przyczyny tego działania leżą ponownie po stronie materiału źródłowego. Autorka wybierając swoją główną bohaterkę, zapewne nie spodziewała się, że Rachel zachowa się w pamięci najstarszych członków jej rodziny wyłącznie, jako staruszka, dobiegająca kresu życia. Stanęła, więc przed pytaniem jak opisać przedstawioną kobietę kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy była nastoletnią, młodą żoną. Ostatecznie postanowiła skorzystać z najbardziej oszczędnego sposobu opisu sylwetek bohaterów, który w założeniu miał idealnie współgrać z przyjętą konwencją przekazu.
Na skutek dość chłodnej narracji zastosowanej przez większą część książki ani przez moment nie czułam, że jestem we wnętrzu osobistego dramatu bohaterów. Jako czytelniczka byłam gdzieś obok tej historii niczym współczujący, a zarazem bezduszny widz. Tutaj ujawnia się styl, który sama autorka nazwała w jednym z wywiadów czymś na kształt migawek z wieczornych wiadomości telewizyjnych. W części fabuły, która toczy się w Iranie odbiorca jest wręcz bombardowany scenami pełnymi melodramatyzmu lub okrucieństwa. Narrator-dziennikarz nie ocenia, a jedynie notuje najbardziej sensacyjne kawałki historii, pozostawiając osąd czytającemu.
Kontrastem dla realizmu jest rozmyta baśniowa legenda snuta przez Mahbube. Tutaj warto się na moment zatrzymać, by wspomnieć o ogromnym potencjale pisarskim, który w moim odczuciu nie został do końca wykorzystany, a widać go przede wszystkim w tych fragmentach, gdzie pojawia się właśnie starsza pani. Już sam epilog, przypomina nieco biblijną opowieść o Jakubie znanej z Księgi Rodzaju. Pierwszy rozdział to natomiast opis wzorowany nieco na losach jego żon (choć w „Dziewczynie z ogrodu” Rachel jest raczej wzorowana na biblijnej postaci Lei, a nie swojej imienniczki). Odniesień odwołujących się bezpośrednio lub pośrednio do Starego Testamentu znajdziemy w książce kilka, niemniej poza opisem ogrodu, który przywołuje w dość oczywisty sposób Eden, nie są one przenoszone do fabuły w skali jeden do jednego, stąd czytelnik nie jest zmuszony ich znać, by zrozumieć treść. To tylko taki mały smaczek wyłącznie dla osób czytających Pismo Święte na co dzień. Jedyne, o czym warto wiedzieć, jeśli chodzi o symbolikę powieści, jest znaczenie owocu granatu. Otóż, według tradycji żydowskiej owoc ten był utożsamiany z kobiecą płodnością, więc autorka celowo wprowadziła go do fabuły.
Tym, co najbardziej mnie rozczarowało w „Dziewczynie z ogrodu” są rozpoczęte, a później urwane wątki powieści. Parnaz Foroutan wspomniała kiedyś, że pisząc swoją debiutancką książkę, chciała przede wszystkim wypróbować się w wielu konwencjach literackich, gdyż owym czasie studiowała literaturoznawstwo na jednym z uniwersytetów. Tę motywację widać w kilku momentach w drugim planie powieści. Wygląda to trochę tak, jakby autorka odfajkowywałaby jakąś listę, która sprawdza kompetencje dobrego pisarza. Świetnym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest moment, w którym zauważamy wprowadzenie elementu grozy. Foroutan genialnie buduje napięcie do chwili, kiedy ma całkowitą pewność, że potrafi zaintrygować czytelnika. Równocześnie, gdy osiąga ten cel, nie czuje już potrzeby dalszego stosowania zabiegu, który nagle znika tak samo szybko jak się pojawił. To sprawia, że akcja powieści znacznie przyśpiesza na ostatnich kilkudziesięciu stronach, bo autorka nagle zdaje sobie sprawę, że spróbowała już wszystkiego i czas ruszać do finału.
Choć „Dziewczyna z ogrodu” jest powieścią odważną, to jednak są w niej miejsca, gdzie autorka ewidentnie bała się do końca wyrazić swoich poglądów. Pewną wskazówką w tym względzie jest fakt, że Parnaz Foroutan, jako mała dziewczynka wyemigrowała z rodzicami z Iranu do USA, by rozpocząć nowe życie. W związku z tym, po latach, powracając do wspomnień rodzinnych, prawdopodobnie musiała zmierzyć się z własnymi traumami z dzieciństwa. Trudno, więc dziwić się pewnej zachowawczości fabuły i dystansowi w narracji. Spoglądając jednak na aspekt ukazanego na kartach podejścia do religii Aszera i Ibrahima widać, że byłby to świetny materiał do postawienie czytelnikowi uniwersalnych pytań oraz zastanowienia się, jak wpływ mają judaizm i islam na siebie nawzajem.
Pod względem technicznym Wydawnictwo Kobiece po raz kolejny mnie nie zawiodło. Okładka jest śliczna i genialnie współgra z treścią powieści, a ornamenty na pierwszych stronach kolejnych rozdziałów przykuwają wzrok.
Nie ukrywam, że „Dziewczyna z ogrodu” nie sprostała moim oczekiwaniom, choć doskonale rozumiem, dlaczego Parnaz Foroutan właśnie za tą książkę otrzymała stypendium PEN Clubu, grant Elizabeth George Foundation przyznawany utalentowanym pisarzom oraz została nominowana do renomowanego programu stypendialnego Hedgebrook. Pomimo moich uwag, była to pierwsza książka, po zamknięciu której miałam wrażenie, że trzymałam w rękach nieudolne streszczenie wybitnej powieści. To właśnie niewykorzystany potencjał sprawia, że jeśli na polskim rynku pojawi się kiedyś kolejny tytuł Parnaz Foroutan bez wątpienia po niego sięgnę. A Wam polecam czytać debiutancką powieść amerykańskiej pisarki bez zagłębiania się w szczegóły. „Dziewczyna z ogrodu” należy, bowiem do tych książek, które warto czytać jednym tchem, by w pełni odczuć tragizm sytuacji. Ostrzegam jednak, że dla empatycznego czytelnika ta lektura może być bardzo trudnym doświadczeniem emocjonalnym.

                                                                                           Anna Dral


[1] Mykwa - w judaizmie basen lub zbiornik z bieżącą wodą przeznczony do rytualnych kąpieli.
[2] Parnaz Foroutan, „Dziewczyna z ogrodu" Wydawnictwo Kobiece, 2016 s. 30-31

                ------------------------------------------------------------------------------------------------------

Spotkanie autorskie z rzeszowską pisarką Magdaleną Zimny-Louis. 

14 listopada w Bibliotece Publicznej we Frysztaku miało miejsce spotkanie autorskie z Magdaleną Zimny-Louis organizowane w ramach programu Dyskusyjnego Klubu Książki. Jak miało się okazać było to wydarzenie łączące pokolenia, gdyż poza uczestnikami comiesięcznych spotkań z książką, do biblioteki przyszli również uczniowie Zespołu Szkół w Lubli i Stępinie. Co ciekawe podkarpacka pisarka sama nieświadomie włączyła się w budowanie nici porozumienia, gdyż we Frysztaku pojawiła się wraz ze swoją mamą. Spotkanie rozpoczęło się od zaproszenia na Świąteczne Targi Książki, które odbędą się 24-25 listopada w galerii Millenium Hall w Rzeszowie. Autorka jest bezpośrednio zaangażowana w organizację wydarzenia, stąd opowiadała o tym z wielką pasją.
W trakcie spotkania Magdalena Zimny-Louis opowiedziała pokrótce o swoich książkach. Większość z nich napisała na emigracji. Pisarka bardzo lubi umieszczać swoje fabuły na Podkarpaciu, bo jak sama mówi, opisuje miejsca, które zna lub też odwiedza podczas swoich podróży. Autorka przyznała, że nie należy do twórców, którzy nie potrafią pisać kilki książek rocznie.
Podsumowując, wato było przyjść do naszej biblioteki.
                                                                                                       Anna Dral



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Październikowe spotkanie DKK poświęcone było książce  Magdaleny Witkiewicz – „Ballada o ciotce Matyldzie”




Przyjęło się uważać, że lato to znakomity czas, aby sięgnąć po literaturę nieco mniej ambitną, która pozwoli odprężyć się po ciężkim dniu w pracy czy choć przez chwilę zapomnieć
o problemach dnia codziennego. Do tego nurtu z pewnością zalicza się „Ballada o ciotce Matyldzie” Magdaleny Witkiewicz, którą przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki realizowanego przez Gminną Bibliotekę Publiczną we Frysztaku. Nie ukrywam, że zwykle sięgam po prozę obyczajową, która raczej nie zawiera w sobie bardzo jasnego, pozytywnego przekazu, stąd byłam bardzo ciekawa jak zareaguję na powieść, która znajduje się lekko poza moim gustem czytelniczym. Zaintrygował mnie również fakt, iż spotkałam się z bardzo kontrastowymi opiniami dotyczącymi twórczości Magdaleny Witkiewicz. Czytelnicy generalnie albo bezkrytycznie ubóstwiają jej prozę albo bezwzględnie ją krytykują.
Do mniejszości należą głosy, które zauważają zarówno zalety jak również mankamenty tych książek. Byłam bardzo ciekawa, do której grupy będę zaliczać się po zakończeniu lektury. Postanowiłam potraktować „Balladę o ciotce Matyldzie” jak słodką pigułkę na poprawę nastroju i czytać ją po jednym rozdziale dziennie. Tak powolne poznawanie treści pozwoliło mi odkryć, że niniejszą książkę można interpretować z dwóch krańcowo różnych perspektyw. Można by nawet rzec, że ta powieść przypomina słodką tabletkę, która ma ledwie wyczuwalną gorzką nutkę. Nim jednak zagłębię się
w ten temat przyjrzyjmy się nieco fabule powieści.
Wydaje się, że ciotka Matylda jest wyjęta wprost z piosenki grupy Pod Budą. Ma wszak mruczącą kotkę i nieco staroświeckie przyzwyczajenia. Nie dość, że zdaje się wszystkich rozumieć, to jeszcze całkiem możliwe, że ma jakieś zasługi w niebie. Joankę poznajemy w trakcie życiowego przełomu, bowiem już niedługo po raz pierwszy zostanie mamą. Jej mąż dziwnym trafem siedzi gdzieś na drugim końcu świata, badając jakieś głazy i nawet przez myśl mu nie przejdzie, że jego kochająca żona może go potrzebować. W związku z powyższym nasza bohaterka może liczyć niemal wyłącznie na ciotkę, która po śmierci rodziców młodej dziewczyny, zaczęła pełnić dla niej rolę zarówno matki jak również najlepszej przyjaciółki. Jednak kilka tygodni przed porodem, Matylda oświadcza, że zamierza zapukać do bram świętego Piotra dokładnie w momencie, kiedy córeczka Joasi pojawi się na świecie. Zdziwiona dziewczyna nieco w to nie dowierzając w prawdziwość tych deklaracji, obiecuje, że nada dziecku imię po ukochanej krewnej.  I rzeczywiście, w momencie, gdy jedno życie się kończy to inne ma swój początek. Matylda jednak nie zostawia Joanki samej z nowymi wyzwaniami Oczywiście przed swoją śmiercią zostawia, zarówno jej jak również najbliższemu otoczeniu moc mądrych myśli i banalnych porad, które powinny pomóc im po jej odejściu. Wraz
z listem pożegnalnym młoda matka otrzymuje również część udziałów w nietypowej „piekarni”, której właścicielami są dwaj bracia o posturach chuliganów, lecz sercach małych rozbrykanych, dobrych chłopców.
Książka Magdaleny Witkiewicz w swojej podstawowej warstwie jest lekka prosta i przyjemna.
To taki rodzaj literatury, który czyta się w jeden wieczór. Wbrew pozorom czasem taka lekko przylukrowana rzeczywistość jest czytelnikom niezmiernie potrzebna, aby choć na moment zapomnieć o codziennych zmartwieniach. Relaksowi odbiorcy sprzyja praktycznie wszystko: prosty język, jasny przekaz i pewien schemat fabuły, który jest na tyle znany, że pozwala na płynięcie przez losy bohaterów z głębokim przeświadczeniem, że na końcu i tak wszystko zakończy się dla nich szczęśliwie. To taka pozycja, przy której uronimy kilka łez, by po chwili z uśmiechem wspominać wakacje u babci, bo sentymentalizm opisywanych zdarzeń, każe nam powrócić do pięknych chwil
z dzieciństwa. Ktoś powie, że to naiwne i będzie miał rację, ale któż z nas – przynajmniej czasami - nie chce czuć, że świat w gruncie rzeczy jest pełen dobrych i uczynnych ludzi.
Gdzie w tym morzu optymizmu gorzki posmak? Aby to uwidocznić posłużę się dość ostrym cytatem:

„Trwałe uczucia są obce mężczyźnie, trwały jest tylko jego egoizm" .

Po powyższym zdaniu od razu widać pewien ładunek feminizmu, który autorka ukryła w swojej książce, stąd raczej nie polecam tej lektury osobom o krańcowo konserwatywnych poglądach. Nie jest to jednak taki rodzaj ostrej retoryki, który znamy z mediów. Obserwujemy tutaj wszakże walkę kobiet nie tyle o wielkie idee, co o zwykłe docenienie codziennej obecności. Patrząc na postacie zarówno ciotki Matyldy jak i Joanki można śmiało powiedzieć, iż ich marzeniem od zawsze była tradycyjna rola żony i matki, ale los sprawił, że musiały zawalczyć o swoją niezależność finansową. Pewnym paradoksem tej pozycji jest to, że Magdalena Witkiewicz umiejętnie wplata stereotypowe postrzeganie kobiety niejako w tło swej powieści, przez co tego elementu można nawet nie zauważyć w trakcie szybkiego czytania. Wiemy, że autorka widzi ważne problemy np. nietolerancję, czy postrzeganie roli matki, jako coś naturalnego, a więc niewymagającego wsparcia ze strony mężczyzny. Oczywiście, biorąc pod uwagę przyjętą konwencję, te zagadnienia są poruszane z lekką ironią i przymrużeniem oka. Czasem opisywane sceny są groteskowe, innym razem trafione niemalże w punkt. Zauważyłam, że czytając tę pozycję po jednym rozdziale dziennie, często po skończeniu określonego fragmentu, wracałam do jakiegoś nieistotnego szczegółu, czując swoisty zgrzyt. Potrzebowałam czasu, aby dostrzec, że jego przyczyną jest właśnie takie a nie inne ujęcie tematu
i chyba jakieś podskórne przeświadczenie o tym, że autorka ma dużo więcej do przekazania niż to, co przedstawiła na kartach swojej książki.
Mimo prostej koncepcji fabularnej w „Balladzie o ciotce Matyldzie” jest coś, co wyróżnia ją wśród innych pozycji z nurtu lekkiej literatury kobiecej. Magdalena Witkiewicz, bowiem bardzo ciekawie skonstruowała swoją powieść. Każdy rozdział, pomimo swojej małej objętości, można podzielić na trzy dopełniające się części. Pierwsza z nich odnosi się do aktualnych przeżyć Joanki i jej przyjaciół. Następnie na zasadzie retrospekcji czytelnik poznaje jakąś rozmowę, w której ciotka Matylda dzieliła się swoim doświadczeniem życiowym. Rozdziały domykają natomiast listy Joanki do ukochanej ciotki, bądź nowej przyjaciółki, które ukazują jej wewnętrzne emocje, które dużo prościej napisać niż wypowiedzieć.
Warto wspomnieć, że Magdalena Witkiewicz wykazała się fenomenalną płynnością w przejściach między teraźniejszością a przeszłością. Jeśli macie czasami tak, że jakiś smak, zapach czy wydarzenie nieoczekiwanie wywołuje w was lawinę wspomnień, to na kartach tej książki dostrzeżecie podobny zabieg. Co ciekawe, choć tytułowa bohaterka umiera w drugim rozdziale powieści, to czytelnik ma wrażenie, że Matylda jest obecna w fabule niemal cały czas. O ile retrospekcje są dość powszechnie stosowane w prozie obyczajowej, to na ogół odbiorca od razu wie, kiedy zostaje przeniesiony do wydarzeń wcześniejszych niż te ukazane w głównej osi fabuły, gdyż bardzo jasno określona jest linia cięcia fabularnego. W tym wypadku jednak granica przejścia jest niezwykle płynna. Wielokrotnie dopiero po chwili czytania orientowałam się, iż zostałam delikatnie wprowadzona w wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości. Myślę, że to największy atut tej powieści.
Bardzo ciekawym elementem tego wydania jest okładka. Szczerze mówiąc, nie od razu doceniłam jej swoiste „piękno”. W tej grafice było coś tak staroświeckiego, iż w pewien sposób odstręczało mnie to od lektury. Przez pewien czas żałowałam nawet, iż nie trzymam w dłoniach pierwszego wydania powieści, które było dość zachowawcze, ale nie wywoływało u mnie tak skrajnych emocji, jeśli chodzi o doznania estetyczne. Sytuacja zmieniła się w chwili, kiedy usłyszałam od bliskiej dla mnie osoby pytanie, czy nie czytam akurat wyjątkowo starej książki. Wtedy zdałam sobie sprawę, w czym tkwi sekret tego wznowienia. Jeśli macie w domu zbiory starych książek z okresu głębokiego PRL-u z pewnością wiecie, iż część z nich było dość mało odpornych na warunki zewnętrzne. Okładki szybko ulegały wytarciu czy zabrudzeniu i po pewnym czasie szpeciły domowe półki. Rozwiązaniem tego problemu było obklejenie niezbyt reprezentacyjnej obwoluty książki szarym, bądź ozdobnym papierem prezentowym. Podobnie wygląda grafika „Ballady o ciotce Matyldzie”, co w pewien sposób koresponduje z treścią książki, gdzie tytułowa bohaterka łączy sobie staroświeckie
i nowoczesne spojrzenie na świat.
Podsumowując, muszę przyznać, że moje pierwsze zetknięcie z prozą Magdaleny Witkiewicz okazało się dokładnie takie, jakiego się spodziewałam. Tak jak przypuszczałam, dostałam książkę przepełnioną pozytywnymi emocjami, które mogą – choć nie muszą – skłonić czytelniczki do walki
o siebie. Chociaż dla mnie samej jest to książka w pewnym wymiarze zbyt infantylna, jednak nie zmienia to faktu, że to jedna z najlepszych pozycji z nurtu lekkiej powieści kobiecej, jaką miałam dotąd okazję przeczytać. Pewnie nie stanę się z dnia na dzień oddaną fanką tej pisarki, ale jeśli dopadnie mnie chandra to wiem, po czyje książki śmiało mogę sięgnąć, by odpocząć od szarówki za oknem. „Balladę o ciotce Matyldzie” skończyłam jednak ze smutnym przeświadczeniem, iż ta historia byłaby dużo lepsza bez tego słodkiego lukru, który z niej wypływa. Wydaje mi się, że jej ukryty przekaz byłby wart tego, aby spojrzeć na niego poważnie. Przypuszczam, iż to jest klucz do odczytu tej powieści. Część czytelników uzna ten tytuł za genialny ze względu na jego prostotę językową, a inni będą postrzegać ją, jako największy zarzut. Sama znajduję się gdzieś pośrodku
i cieszę się, że nie muszę jednoznacznie oceniać tego tytułu.

                                                                                                                          Anna Dral

-----------------------------------------------------------------------

Ewa Barańska – „Szczęście urojone” 
Pierwsze w tym roku spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki poświęcone było Ewie Barańskiej
i jej książce „Szczęście urojone”.

Gdy dostałam do rąk książkę „Szczęście urojone” Ewy Barańskiej, tak naprawdę nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Opis na okładce wskazywał, że będę zmuszona czytać dość schematyczną powieść obyczajową, lecz miałam nieodparte wrażenie, że nie jest to do końca zgodne z prawdą. Potwierdził to króciutki prolog, który może zapowiadać dobrą powieść kryminalną lub pierwszy przejaw popadania w obłęd. Zanim jednak dowiemy się jaka jest prawda, musimy cofnąć się kilka miesięcy wstecz, by poznać źródło tej tajemniczej sytuacji.
Gabriela Eliasz-Berg wygląda na kobietę, której niczego nie brakuje. Ma satysfakcjonującą pracę, w której jest doceniana oraz męża, zapewniającego jej życie na dość wysokim poziomie materialnym. Jak nie trudno się domyślić, ten obraz sytuacji nie jest do końca kompletny. Każdy ma jakieś mniejsze lub większe problemy i Gabrysia nie jest wcale wyjątkiem. Kiedy zamykają się drzwi do mieszkania Bergów, pani profesor natychmiast zamienia się w zwykłą szarą myszkę, która boi się zawieść swojego partnera. Maks wszak codziennie mówi swojej żonie, że bez niego byłaby nikim. Nasza bohaterka, pomimo tych jawnych zniewag, uważa swojego ukochanego za prawdziwy ideał i nie przeszkadza jej nawet to, iż mężczyzna odciął ją od wszystkich znajomych. Jednak ten „książę idealny” ma dla Gabrieli jedną małą wadę – brak wyższego wykształcenia. Niemniej dobra żona napisze pracę magisterską za męża i problem zostanie rozwiązany. Ta fałszywa równowaga zostaje jednak wkrótce zderzona z rzeczywistością.
Okazuje się, że firma deweloperska Max-Bud zdefraudowała pieniądze swoich klientów, pobierając od nich zaliczki na poczet przyszłych mieszkań, po czym zawiesiła inwestycję. Gabriela nie może uwierzyć, że jej mąż to oszust. Jeszcze bardziej niepokoi ją piękna blondynka, która stoi u boku Maksa. Wkrótce okazuje się, że podejrzenie romansu, to tak naprawdę ogólnie znany fakt. Wydaje się, że najwłaściwszą decyzją byłoby rozstanie, ale nagle w zdradzonej kobiecie budzi się chęć odzewu. Tylko czy Gabrysia nie popełnia błędu, myśląc, że małżonek niczego się nie domyśli? A może Maks będzie starał się unieszkodliwić swoją żonę? Do czego może posunąć się zdradzona kobieta?
Przez dużą część książki zastanawiałam się, gdzie tak naprawdę kryje się prawda. Autorka pokazuje punkt widzenia głównej bohaterki, ale wcale nie daje czytelnikowi pewności że Gabriela postępuje słusznie. Przez pewien moment można się nawet zastanawiać, czy nie ponosi jej fantazja, jeśli chodzi o podejrzenia wobec Maksa. Takim rozważaniom sprzyja to, iż autorka nie zbudowała postaci Gabrysi, jako kryształowo czystej, zdradzonej kobiety. Choć przez całą powieść kibicujemy jej w osiągnięciu celu, to mamy też świadomość, iż ma skłonność do wywyższania się i instrumentalnego traktowania innych. Empatia raczej u naszej bohaterki nie występuje, ale potrafi ją świetnie udawać, zwłaszcza wtedy, kiedy chce szybko wejść w nowe środowisko.
„Szczęście urojone” aż prosi się o lekkie porównanie z twórczością Joanny Chmielewskiej nie tylko ze względu na fakt, że książka Ewy Barańskiej została opublikowana nakładem wydawnictwa Klin, które promuje spuściznę najsłynniejszej, polskiej autorki lekkich kryminałów. Nietrudno zauważyć, że w stylu Barańskiej jest coś z ducha prozy Chmielewskiej. Lekkość prowadzenia narracji oraz aktualność poruszanych w tle tematów pokazuje, że obie pisarki za banalnymi historiami ukryły ważne problemy. Pani Ewa jednak skupia się nie tylko na aspekcie występowania danego zjawiska, ale również jego wpływie moralnym, o czym może świadczyć poniższy fragment:
,,Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że cyberprzestępstwo kwitnie jak każdy dobrze zarządzany biznes, a nawet jeszcze lepiej, gdyż nie jest zagrożone żadnym kryzysem (...). Gabriela to potężne, bezkarne zło uznała na tę chwilę za sprzymierzeńca swych uczciwych intencji"1.
Ewa Barańska w „Szczęściu urojonym” mówi nie tylko o wirtualnej przestępczości, ale także m.in. o kradzieży tożsamości, celibacie księży, chorobie nowotworowej czy aspekcie bezdomności. Pomimo, że ważnych tematów jest sporo, to autorka nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Co ciekawe, wcale nie czułam, że te motywy były potraktowane powierzchownie. Myślę, że Ewa Barańska chciała w ten sposób przekonać nas o bezwzględności Gabrieli.
O ile jestem pod ogromnym wrażeniem ukazania warstwy psychologicznej tej powieści, to wątek kryminalny, który jest tak naprawdę najważniejszy, ogromnie mnie zawiódł. Przyznam, że punkt zwrotny całej fabuły, był tak mało wiarygodny, że w moim przypadku zauważył na ostatecznej dość niskiej ocenie. Sam wątek jest jednak dość specyficzny, co uświadomiłam sobie dopiero w trakcie dyskusji z innymi czytelnikami tej powieści. Autorka łamie ironią ogólne znane schematy, powodując pewne zaskoczenie tym, w jakim kierunku prowadzi swoją fabułę.
Generalnie ,,Szczęście urojone" to lekka lektura na jeden wieczór, której głębszy sens uderza w czytelnika dopiero po odwróceniu ostatniej kartki i głębszym zastanowieniu . Dla tych, którzy chcieliby sięgnąć po ,,Szczęście urojone" mam na koniec małą radę. Lepiej nie zaglądajcie do spisu treści, gdyż znajdziecie tam streszczenia każdego rozdziału. Pierwszy raz spotkałam się z taką praktyką.

                                                                                                                       Anna Dral

----------------------------------------------------------------------------------------------
Małgorzata Gutowska-Adamczyk –
"Fortuna i namiętności. Klątwa”

Kwietniowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki poświęcone było książce Małgorzaty
Gutowskiej-Adamczyk – "Fortuna i namiętności. Klątwa”

Małgorzata Gutowska-Adamczyk zabiera nas w podróż do przeszłości. "Klątwa" to pierwsza część cyklu "Fortuna i namiętności", a część druga to "Zemsta". Jest rok 1733. Na stosie ginie młoda dziewczyna oskarżona o czary. Przed śmiercią rzuca klątwę na winnych swojej krzywdy. Odtąd pech nie przestanie im towarzyszyć…
Dla Rzeczypospolitej nastały trudne czasy. Śmierć króla Augusta stała się pretekstem do ekspansji wojsk rosyjskich. Jednak oczy wszystkich zwrócone są na Warszawę, gdzie rozpoczyna się wolna elekcja. Dwa wrogie obozy elekcyjne nie cofną się przed niczym…
W tym barwnym okresie historycznym toczą się losy dwóch bohaterek: znudzonej dworskim życiem i szukającej przygód córki kasztelana - Cecylii oraz roztropnej, wiernej tradycji i uczciwej córki zubożałego szlachcica – Zofii. Kobiety, mimo że pozornie wydawać by się mogło to nierealne, łączy niemało. Obie były młode i piękne, każda szukała szczęścia i walczyła o miłość, jednak drogi jakie obrały by osiągnąć cel znacznie od siebie odbiegały.
Autorka nie skupia się jednak całkowicie na damach. Świetnie przedstawiła również mężczyzn, ich profesje, zwyczaje i priorytety. Jest Bartek Rabiński, który na usługach kasztelana grabi podróżnych, a współudziałowcem tej działalności jest też infamis Kacper Hadziewicz. Zresztą na oczach czytelnika dokona się jego przemiana. Z jakiej przyczyny? Czy zgodzi się oczyścić i odbędzie karę w wieży, by dać szczęście swej wybrance?
Trzymający dzieci i podwładnych rządami twardej ręki kasztelan Tadeusz jest bardzo dobrze scharakteryzowaną postacią. Tylko, czy to naprawdę on sam podejmuje decyzje? A może robi to jakiś cichy głosik? Albo usłużny doradca. Dlaczego uważa, że klątwa nad nim zawisła?
Dzięki powieści poznajemy także życie kata, co należy do jego obowiązków, za co ma płacone, a do jakich zadań wykorzystuje pomocników. Czy kata również dosięgnęła klątwa czarownicy?
Książka niewątpliwie wyróżnia się na tle innych powieści polskich autorów, a odwaga autorki do sięgnięcia po całkiem inne, nowatorskie pomysły zasługuje na duże uznanie. Powieść można śmiało polecić wszystkim wielbicielom historii. Z jednej strony zbójcy, z drugiej wizja mającej wybuchnąć wojny, a z trzeciej zajęcia majątków, żywności i zwierząt przez Szuksztów lub wkraczające coraz bardziej wojsko rosyjskie. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła wciągającą powieść, wielowątkową i trzymającą się ram epoki, dzięki czemu okazała się tak realistyczna. Autorka po raz kolejny pokazała, jak ciekawe i zajmujące historie potrafi tworzyć.
                                                                                              Anna Dral
                -----------------------------------------------------------------------------------
Barbara Gawryluk – „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”
Czerwcowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu książki było poświęcone książce Barbary Gawryluk – „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”

Pani Wandy Chotomskiej chyba nie trzeba większości czytelników specjalnie przedstawiać. To w końcu spod jej pióra wyfruwały swego czasu najpopularniejsze wiersze dla dzieci. Można wręcz uznać, że to właśnie ta autorka obok Jana Brzechwy i Juliana Tuwima stworzyła polski kanon literatury dziecięcej. Nim zerknęłam na pierwszą stronę jej biografii napisanej przez Barbarę Gawryluk, dopadła mnie myśl, że z całej wspomnianej wcześniej trójki, to o pani Wandzie mówi się jakoś najmniej, choć przecież autorka nadal jest aktywna twórczo pomimo tego, że przez kłopoty ze zdrowiem, musiała zrezygnować ze spotkań z małymi czytelnikami. Na szczęście, sięgając po książkę „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” można przenieść się w czasy, kiedy nazwisko Chotomska znał praktycznie każdy.
Jedna z najsłynniejszych poetek dla dzieci przyszła na świat 26 października 1929 w Warszawie. Jej rodzicom bardzo zależało, żeby dziewczynka otrzymała gruntowne wykształcenie. Rezolutna kilkulatka zaczęła uczęszczać do niezwykle cenionej szkoły dla panien. Pomimo, iż jej dzieciństwo było naznaczone wojną, to po zakończeniu konfliktu z powodzeniem ukończyła studia na wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa. Bardzo ważnym wydarzeniem w rozwoju literackim przyszłej zdobywczyni Orderu Uśmiechu było dołączenie do redakcji „Świata Młodych”, gdzie poznała Mirona Białoszewskiego. Tę dwójkę połączyła nie tylko głęboka, prawdziwa przyjaźń, ale również płaszczyzna literackiego porozumienia. Wspólnie tworzyli duet działający pod pseudonimem Wanda Miron. Choć Chotomska z powodzeniem wydawała własne tomiki wierszy a także pisała m.in. dla „Świerszczyka” to największy sukces przyniosło jej wymyślenie pary bohaterów pierwszej polskiej dobranocki. Pomysł był prosty. Dwie rękawiczki, proste drewniane główki o uśmiechniętych twarzyczkach i mądre, dowcipne dialogi. W przygodach Jacka i Agatki odbił się cały fenomen niezaprzeczalnego talentu pani Wandy. Dialogi, które śmieszyły zarówno starszych jak i młodszych odbiorców, pozostawały w ich pamięci na zawsze.
Z dzisiejszej perspektywy można oceniać część wierszy poetki za produkt PRL-u. Faktem jest, że zwłaszcza w latach pięćdziesiątych polscy literaci byli zobligowani do wplatania w swoje utwory elementów propagandy. Wiele z wierszy naszej bohaterki zostało po latach reedytowanych. Przodowniczki pracy bez trudu zamieniały się w gospodynie, a milicjanci w policjantów, a wiersze wciąż były tak samo magiczne jak wcześniej. Nim to jednak nastąpiło, zdarzały się próby umiejętnego omijania oka cenzora. Wanda Chotomska ma na tym polu niebywały sukces, bo czytając wierszyk „Mysia mowa” trudno nie odnieść wrażenia, że w chwili jego powstania miał on podwójne dno:
Raz mysi król z Mysikiszek
taki rozkaz dał dla myszek:
„Rozkazuję wszystkim myszom,
które mówią oraz piszą:
słowo „kot” jest zakazane
i ma być nieużywane.
to „kot” powie lub napisze,
ten precz pójdzie z Mysikiszek”

Od tej pory w państwie myszy
tych trzech liter się nie słyszy.
Nikt nie pisze już „kotara”,
lecz „szczurara” lub „myszara”,
wszyscy mówią na kotlety
raz „myszlety”, raz „szczurlety” …
Nie wierzycie? No to dzisiaj
posłuchajcie mowy mysiej1.

Większość osób, które Barbara Gawryluk zapytała o istotę popularności wierszy Wandy Chotomskiej, zwracało uwagę na występujące w nich poczucie humoru, precyzyjność języka oraz ich melodyjność. Ta ostatnia cecha była często wykorzystywana przez zespół Gawęda, dla którego poetka pisała teksty piosenek, w tym tej najsławniejszej pt. „Gra w kolory”.
„Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” nieco różni się od ogólnie przyjętego schematu biografii, bowiem jest to wywiad uzupełniony o wspomnienia rodziny, znajomych i współpracowników bohaterki. Często wypowiedzi osób z otoczenia pisarki stanowią swoisty kontrapunkt do jej własnych słów, co sprawia, że czytelnik podświadomie odkrywa dominujące cechy poetki. W części głównej nie znajdziecie ogromnego nagromadzenia dat. Autorka postanowiła oddzielić kalendarium umieszczone na końcu książki od prowadzonej przez siebie rozmowy. Opowieść zwykle rozpoczyna się od jakiegoś drobnego szczegółu, który jest początkiem fascynującej podróży do przeszłości. Nie ukrywam, że czytając książkę, miałam wrażenie, iż podczas pracy nad nią Barbara Gawryluk po prostu przychodziła do swojej rozmówczyni, siadała wygodnie na kanapie, a w tym czasie pani Wanda przyciągała skądś ogromne pudło pamiątek oraz rękopisów i zaczynała opowiadać, jakby już nie do końca ufała swojej pamięci. Należy podkreślić, iż dziennikarka w żaden sposób nie stara się wpływać na odpowiedzi pani Wandy, dzięki czemu pojawia się sporo miejsca na anegdotki i drobne wtrącenia niekoniecznie ściśle związane z tematem. Często ten zabieg jest sposobem, aby nie opisywać za głęboko życia prywatnego. Nie oznacza to jednak, że Chotomska ma coś do ukrycia. Po prosu widać tu pewien rodzaj szacunku z obydwu stron. Barbara Gawryluk pyta niekiedy o bardzo niewygodne kwestie, a jej rozmówczyni szczerze odpowiada. Przekonamy się na przykład, że całkowite oddanie małym czytelnikom miało swoje negatywne konsekwencje w życiu prywatnym pani Wandy. Równocześnie można wyczuć, że istnieje pewna granica wynurzeń, poza którą czytelnik nie zostaje wpuszczony. Dla niektórych może to być wadą.
Byłoby sporym niedopowiedzeniem uznanie, że niniejsza publikacja jest tylko i wyłącznie poświęcona Wandzie Chotomskiej. Co prawda kobieta znajduje się w jej centrum, jako bohaterka wywiadu, ale rozmowa jest poprowadzona w taki sposób, że czytelnik tak naprawdę ma okazję poznać spojrzenie poetki na miniony i współczesny rynek wydawniczy. Co prawda widzimy to zagadnienie jedynie w pewnej części, jednak możemy zauważyć, że kiedyś schemat pracy nad książką dla dzieci wyglądał nieco inaczej. Wanda Chotomska podkreśla chociażby aspekt porozumienia pomiędzy twórcą tekstu, a osobą odpowiedzialną za ilustracje, a także scenografię. W książce nie mogło w związku z tym zabraknąć wzmianki o Adamie Kilianie i Bohdanie Butence. Wydawnictwo Marginesy bardzo postarało się o genialne wydanie publikacji. W książce znajdziecie unikalne zdjęcia zaczerpnięte z archiwum Wandy Chotomskiej, a także m.in bardzo czytelne skany archiwalnych numerów „Świerszczyka”, dzięki którym nawet dorosły czytelnik będzie mógł zakochać się na nowo w twórczości Wandy Chotomskiej.
Książka „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” może być różnie odbierana w zależności od wieku. Osoby, które dorastały oglądając „Jacka i Agatkę” wrócą nagle do świata, jaki doskonale znają z przeszłości. Ci, którzy byli dziećmi na przełomie wieków, będą czuli pewne znajome akcenty i inspiracje, które pani Wanda przekazała swojej córce Ewie, którą pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków zna, jako Ciotkę Klotkę z „Tik-Taka”. Natomiast młodsze generacje poznają rzeczywistość, która będzie dla nich obca, ale równocześnie w pewien sposób interesująca.
Na koniec, warto przywołać słowa uznanego polskiego pisarza dla dzieci Grzegorza Kasdepke, które zostały zamieszczone na okładce:
„Szwedzi mają swoją Astrid Lingren, Finowie Tove Jansson, a Polacy - Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle!".

                                                                                                                                Anna Dral

1 Wanda Chotomska „Wiersze”, Wilga, 2003









Twitter Delicious Facebook Digg Stumbleupon Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review