Dyskusyjny Klub Książki

Gminna Biblioteka Publiczna we Frysztaku
zaprasza na spotkania
Dyskusyjnego Klubu Książki

Dyskusyjny Klub Książki jest projektem adresowanym do wszystkich, którzy nie tylko lubią czytać, lecz także rozmawiać o książkach, bo przecież czytanie to tylko połowa przyjemności. Drugą połowę stanowi swobodna rozmowa o własnych refleksjach
i spostrzeżeniach po przeczytanej lekturze. Treść książki to w rzeczywistości znakomita motywacja do dialogu, do dyskusji, do rozmowy z drugim człowiekiem.
Klubowiczem może zostać każdy dorosły użytkownik Biblioteki, niezależnie od zainteresowań oraz tego, jak wiele i jak szybko czyta. Oparty jest bowiem na założeniu, że czerpać przyjemność
z dyskutowania o literaturze można zawsze, nie tylko będąc jej znawcą czy krytykiem.
Dyskusyjne Kluby Książki są elementem wieloletniego ogólnopolskiego programu promocji czytelnictwa i wsparcia sektora książki "Tu Czytamy!", objętego patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Celem programu jest wykreowanie mody na czytanie, poprzez akcentowanie przyjemności płynących z lektury oraz promowanie aktywnego udziału w życiu literackim. Jego realizacja możliwa jest dzięki finansowemu wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Działalność Klubów koordynowana jest w każdym województwie przez biblioteki wojewódzkie. Ich zadaniem jest dostarczenie bibliotekom książek oraz przygotowanych przez Instytut Książki materiałów promocyjnych (plakaty klubów, ulotki i naklejki zamieszczane w książkach czytanych w klubach).
Celem projektu jest dowartościowanie środowisk ludzi czytających, popularyzacja książki, szeroko pojęta promocja czytelnictwa, kształtowanie postaw czytelniczych.
Drogi czytelniku, jeśli lubisz czytać, rozmawiać o książkach, poznawać nowych ludzi
i spędzać czas w miłej atmosferze, zostań uczestnikiem spotkań Dyskusyjnego Klubu Książki (DKK).
Uczestnicy otrzymują do przeczytania książkę, która będzie omawiana na kolejnym spotkaniu.
Zapraszamy!!!
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Spotkanie autorskie z rzeszowską pisarką Magdaleną Zimny-Louis.
14 listopada w Bibliotece Publicznej we Frysztaku miało miejsce spotkanie autorskie z Magdaleną Zimny-Louis organizowane w ramach programu Dyskusyjnego Klubu Książki. Jak miało się okazać było to wydarzenie łączące pokolenia, gdyż poza uczestnikami comiesięcznych spotkań z książką, do biblioteki przyszli również uczniowie Zespołu Szkół w Lubli i Stępinie. Co ciekawe podkarpacka pisarka sama nieświadomie włączyła się w budowanie nici porozumienia, gdyż we Frysztaku pojawiła się wraz ze swoją mamą. Spotkanie rozpoczęło się od zaproszenia na Świąteczne Targi Książki, które odbędą się 24-25 listopada w galerii Millenium Hall w Rzeszowie. Autorka jest bezpośrednio zaangażowana w organizację wydarzenia, stąd opowiadała o tym z wielką pasją.
W trakcie spotkania Magdalena Zimny-Louis opowiedziała pokrótce o swoich książkach. Większość z nich napisała na emigracji. Pisarka bardzo lubi umieszczać swoje fabuły na Podkarpaciu, bo jak sama mówi, opisuje miejsca, które zna lub też odwiedza podczas swoich podróży. Autorka przyznała, że nie należy do twórców, którzy nie potrafią pisać kilki książek rocznie.
Podsumowując, wato było przyjść do naszej biblioteki.
                                                                                                       Anna Dral




--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Październikowe spotkanie DKK poświęcone było książce  Magdaleny Witkiewicz – „Ballada o ciotce Matyldzie”




Przyjęło się uważać, że lato to znakomity czas, aby sięgnąć po literaturę nieco mniej ambitną, która pozwoli odprężyć się po ciężkim dniu w pracy czy choć przez chwilę zapomnieć
o problemach dnia codziennego. Do tego nurtu
z pewnością zalicza się „Ballada o ciotce Matyldzie” Magdaleny Witkiewicz, którą przeczytałam
w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki realizowanego przez Gminną Bibliotekę Publiczną we Frysztaku. Nie ukrywam, że zwykle sięgam po prozę obyczajową, która raczej nie zawiera w sobie bardzo jasnego, pozytywnego przekazu, stąd byłam bardzo ciekawa jak zareaguję na powieść, która znajduje się lekko poza moim gustem czytelniczym. Zaintrygował mnie również fakt, iż spotkałam się z bardzo kontrastowymi opiniami dotyczącymi twórczości Magdaleny Witkiewicz. Czytelnicy generalnie albo bezkrytycznie ubóstwiają jej prozę albo bezwzględnie ją krytykują.
Do mniejszości należą głosy, które zauważają zarówno zalety jak również mankamenty tych książek. Byłam bardzo ciekawa, do której grupy będę zaliczać się po zakończeniu lektury. Postanowiłam potraktować „Balladę o ciotce Matyldzie” jak słodką pigułkę na poprawę nastroju i czytać ją po jednym rozdziale dziennie. Tak powolne poznawanie treści pozwoliło mi odkryć, że niniejszą książkę można interpretować z dwóch krańcowo różnych perspektyw. Można by nawet rzec, że ta powieść przypomina słodką tabletkę, która ma ledwie wyczuwalną gorzką nutkę. Nim jednak zagłębię się
w ten temat przyjrzyjmy się nieco fabule powieści.
Wydaje się, że ciotka Matylda jest wyjęta wprost z piosenki grupy Pod Budą. Ma wszak mruczącą kotkę i nieco staroświeckie przyzwyczajenia. Nie dość, że zdaje się wszystkich rozumieć, to jeszcze całkiem możliwe, że ma jakieś zasługi w niebie. Joankę poznajemy w trakcie życiowego przełomu, bowiem już niedługo po raz pierwszy zostanie mamą. Jej mąż dziwnym trafem siedzi gdzieś na drugim końcu świata, badając jakieś głazy i nawet przez myśl mu nie przejdzie, że jego kochająca żona może go potrzebować. W związku z powyższym nasza bohaterka może liczyć niemal wyłącznie na ciotkę, która po śmierci rodziców młodej dziewczyny, zaczęła pełnić dla niej rolę zarówno matki jak również najlepszej przyjaciółki. Jednak kilka tygodni przed porodem, Matylda oświadcza, że zamierza zapukać do bram świętego Piotra dokładnie w momencie, kiedy córeczka Joasi pojawi się na świecie. Zdziwiona dziewczyna nieco w to nie dowierzając w prawdziwość tych deklaracji, obiecuje, że nada dziecku imię po ukochanej krewnej.  I rzeczywiście, w momencie, gdy jedno życie się kończy to inne ma swój początek. Matylda jednak nie zostawia Joanki samej z nowymi wyzwaniami Oczywiście przed swoją śmiercią zostawia, zarówno jej jak również najbliższemu otoczeniu moc mądrych myśli i banalnych porad, które powinny pomóc im po jej odejściu. Wraz
z listem pożegnalnym młoda matka otrzymuje również część udziałów w nietypowej „piekarni”, której właścicielami są dwaj bracia o posturach chuliganów, lecz sercach małych rozbrykanych, dobrych chłopców.
Książka Magdaleny Witkiewicz w swojej podstawowej warstwie jest lekka prosta i przyjemna.
To taki rodzaj literatury, który czyta się w jeden wieczór. Wbrew pozorom czasem taka lekko przylukrowana rzeczywistość jest czytelnikom niezmiernie potrzebna, aby choć na moment zapomnieć o codziennych zmartwieniach. Relaksowi odbiorcy sprzyja praktycznie wszystko: prosty język, jasny przekaz i pewien schemat fabuły, który jest na tyle znany, że pozwala na płynięcie przez losy bohaterów z głębokim przeświadczeniem, że na końcu i tak wszystko zakończy się dla nich szczęśliwie. To taka pozycja, przy której uronimy kilka łez, by po chwili z uśmiechem wspominać wakacje u babci, bo sentymentalizm opisywanych zdarzeń, każe nam powrócić do pięknych chwil
z dzieciństwa. Ktoś powie, że to naiwne i będzie miał rację, ale któż z nas – przynajmniej czasami - nie chce czuć, że świat w gruncie rzeczy jest pełen dobrych i uczynnych ludzi.
Gdzie w tym morzu optymizmu gorzki posmak? Aby to uwidocznić posłużę się dość ostrym cytatem:

„Trwałe uczucia są obce mężczyźnie, trwały jest tylko jego egoizm" .

Po powyższym zdaniu od razu widać pewien ładunek feminizmu, który autorka ukryła w swojej książce, stąd raczej nie polecam tej lektury osobom o krańcowo konserwatywnych poglądach. Nie jest to jednak taki rodzaj ostrej retoryki, który znamy z mediów. Obserwujemy tutaj wszakże walkę kobiet nie tyle o wielkie idee, co o zwykłe docenienie codziennej obecności. Patrząc na postacie zarówno ciotki Matyldy jak i Joanki można śmiało powiedzieć, iż ich marzeniem od zawsze była tradycyjna rola żony i matki, ale los sprawił, że musiały zawalczyć o swoją niezależność finansową. Pewnym paradoksem tej pozycji jest to, że Magdalena Witkiewicz umiejętnie wplata stereotypowe postrzeganie kobiety niejako w tło swej powieści, przez co tego elementu można nawet nie zauważyć w trakcie szybkiego czytania. Wiemy, że autorka widzi ważne problemy np. nietolerancję, czy postrzeganie roli matki, jako coś naturalnego, a więc niewymagającego wsparcia ze strony mężczyzny. Oczywiście, biorąc pod uwagę przyjętą konwencję, te zagadnienia są poruszane z lekką ironią i przymrużeniem oka. Czasem opisywane sceny są groteskowe, innym razem trafione niemalże w punkt. Zauważyłam, że czytając tę pozycję po jednym rozdziale dziennie, często po skończeniu określonego fragmentu, wracałam do jakiegoś nieistotnego szczegółu, czując swoisty zgrzyt. Potrzebowałam czasu, aby dostrzec, że jego przyczyną jest właśnie takie a nie inne ujęcie tematu
i chyba jakieś podskórne przeświadczenie o tym, że autorka ma dużo więcej do przekazania niż to, co przedstawiła na kartach swojej książki.
Mimo prostej koncepcji fabularnej w „Balladzie o ciotce Matyldzie” jest coś, co wyróżnia ją wśród innych pozycji z nurtu lekkiej literatury kobiecej. Magdalena Witkiewicz, bowiem bardzo ciekawie skonstruowała swoją powieść. Każdy rozdział, pomimo swojej małej objętości, można podzielić na trzy dopełniające się części. Pierwsza z nich odnosi się do aktualnych przeżyć Joanki i jej przyjaciół. Następnie na zasadzie retrospekcji czytelnik poznaje jakąś rozmowę, w której ciotka Matylda dzieliła się swoim doświadczeniem życiowym. Rozdziały domykają natomiast listy Joanki do ukochanej ciotki, bądź nowej przyjaciółki, które ukazują jej wewnętrzne emocje, które dużo prościej napisać niż wypowiedzieć.
Warto wspomnieć, że Magdalena Witkiewicz wykazała się fenomenalną płynnością w przejściach między teraźniejszością a przeszłością. Jeśli macie czasami tak, że jakiś smak, zapach czy wydarzenie nieoczekiwanie wywołuje w was lawinę wspomnień, to na kartach tej książki dostrzeżecie podobny zabieg. Co ciekawe, choć tytułowa bohaterka umiera w drugim rozdziale powieści, to czytelnik ma wrażenie, że Matylda jest obecna w fabule niemal cały czas. O ile retrospekcje są dość powszechnie stosowane w prozie obyczajowej, to na ogół odbiorca od razu wie, kiedy zostaje przeniesiony do wydarzeń wcześniejszych niż te ukazane w głównej osi fabuły, gdyż bardzo jasno określona jest linia cięcia fabularnego. W tym wypadku jednak granica przejścia jest niezwykle płynna. Wielokrotnie dopiero po chwili czytania orientowałam się, iż zostałam delikatnie wprowadzona w wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości. Myślę, że to największy atut tej powieści.
Bardzo ciekawym elementem tego wydania jest okładka. Szczerze mówiąc, nie od razu doceniłam jej swoiste „piękno”. W tej grafice było coś tak staroświeckiego, iż w pewien sposób odstręczało mnie to od lektury. Przez pewien czas żałowałam nawet, iż nie trzymam w dłoniach pierwszego wydania powieści, które było dość zachowawcze, ale nie wywoływało u mnie tak skrajnych emocji, jeśli chodzi o doznania estetyczne. Sytuacja zmieniła się w chwili, kiedy usłyszałam od bliskiej dla mnie osoby pytanie, czy nie czytam akurat wyjątkowo starej książki. Wtedy zdałam sobie sprawę, w czym tkwi sekret tego wznowienia. Jeśli macie w domu zbiory starych książek z okresu głębokiego PRL-u z pewnością wiecie, iż część z nich było dość mało odpornych na warunki zewnętrzne. Okładki szybko ulegały wytarciu czy zabrudzeniu i po pewnym czasie szpeciły domowe półki. Rozwiązaniem tego problemu było obklejenie niezbyt reprezentacyjnej obwoluty książki szarym, bądź ozdobnym papierem prezentowym. Podobnie wygląda grafika „Ballady o ciotce Matyldzie”, co w pewien sposób koresponduje z treścią książki, gdzie tytułowa bohaterka łączy sobie staroświeckie
i nowoczesne spojrzenie na świat.
Podsumowując, muszę przyznać, że moje pierwsze zetknięcie z prozą Magdaleny Witkiewicz okazało się dokładnie takie, jakiego się spodziewałam. Tak jak przypuszczałam, dostałam książkę przepełnioną pozytywnymi emocjami, które mogą – choć nie muszą – skłonić czytelniczki do walki
o siebie. Chociaż dla mnie samej jest to książka w pewnym wymiarze zbyt infantylna, jednak nie zmienia to faktu, że to jedna z najlepszych pozycji z nurtu lekkiej powieści kobiecej, jaką miałam dotąd okazję przeczytać. Pewnie nie stanę się z dnia na dzień oddaną fanką tej pisarki, ale jeśli dopadnie mnie chandra to wiem, po czyje książki śmiało mogę sięgnąć, by odpocząć od szarówki za oknem. „Balladę o ciotce Matyldzie” skończyłam jednak ze smutnym przeświadczeniem, iż ta historia byłaby dużo lepsza bez tego słodkiego lukru, który z niej wypływa. Wydaje mi się, że jej ukryty przekaz byłby wart tego, aby spojrzeć na niego poważnie. Przypuszczam, iż to jest klucz do odczytu tej powieści. Część czytelników uzna ten tytuł za genialny ze względu na jego prostotę językową, a inni będą postrzegać ją, jako największy zarzut. Sama znajduję się gdzieś pośrodku
i cieszę się, że nie muszę jednoznacznie oceniać tego tytułu.

                                                                                                                          Anna Dral

-----------------------------------------------------------------------

Ewa Barańska – „Szczęście urojone”
Pierwsze w tym roku spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki poświęcone było Ewie Barańskiej
i jej książce „Szczęście urojone”.

Gdy dostałam do rąk książkę „Szczęście urojone” Ewy Barańskiej, tak naprawdę nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Opis na okładce wskazywał, że będę zmuszona czytać dość schematyczną powieść obyczajową, lecz miałam nieodparte wrażenie, że nie jest to do końca zgodne z prawdą. Potwierdził to króciutki prolog, który może zapowiadać dobrą powieść kryminalną lub pierwszy przejaw popadania w obłęd. Zanim jednak dowiemy się jaka jest prawda, musimy cofnąć się kilka miesięcy wstecz, by poznać źródło tej tajemniczej sytuacji.
Gabriela Eliasz-Berg wygląda na kobietę, której niczego nie brakuje. Ma satysfakcjonującą pracę, w której jest doceniana oraz męża, zapewniającego jej życie na dość wysokim poziomie materialnym. Jak nie trudno się domyślić, ten obraz sytuacji nie jest do końca kompletny. Każdy ma jakieś mniejsze lub większe problemy i Gabrysia nie jest wcale wyjątkiem. Kiedy zamykają się drzwi do mieszkania Bergów, pani profesor natychmiast zamienia się w zwykłą szarą myszkę, która boi się zawieść swojego partnera. Maks wszak codziennie mówi swojej żonie, że bez niego byłaby nikim. Nasza bohaterka, pomimo tych jawnych zniewag, uważa swojego ukochanego za prawdziwy ideał i nie przeszkadza jej nawet to, iż mężczyzna odciął ją od wszystkich znajomych. Jednak ten „książę idealny” ma dla Gabrieli jedną małą wadę – brak wyższego wykształcenia. Niemniej dobra żona napisze pracę magisterską za męża i problem zostanie rozwiązany. Ta fałszywa równowaga zostaje jednak wkrótce zderzona z rzeczywistością.
Okazuje się, że firma deweloperska Max-Bud zdefraudowała pieniądze swoich klientów, pobierając od nich zaliczki na poczet przyszłych mieszkań, po czym zawiesiła inwestycję. Gabriela nie może uwierzyć, że jej mąż to oszust. Jeszcze bardziej niepokoi ją piękna blondynka, która stoi u boku Maksa. Wkrótce okazuje się, że podejrzenie romansu, to tak naprawdę ogólnie znany fakt. Wydaje się, że najwłaściwszą decyzją byłoby rozstanie, ale nagle w zdradzonej kobiecie budzi się chęć odzewu. Tylko czy Gabrysia nie popełnia błędu, myśląc, że małżonek niczego się nie domyśli? A może Maks będzie starał się unieszkodliwić swoją żonę? Do czego może posunąć się zdradzona kobieta?
Przez dużą część książki zastanawiałam się, gdzie tak naprawdę kryje się prawda. Autorka pokazuje punkt widzenia głównej bohaterki, ale wcale nie daje czytelnikowi pewności że Gabriela postępuje słusznie. Przez pewien moment można się nawet zastanawiać, czy nie ponosi jej fantazja, jeśli chodzi o podejrzenia wobec Maksa. Takim rozważaniom sprzyja to, iż autorka nie zbudowała postaci Gabrysi, jako kryształowo czystej, zdradzonej kobiety. Choć przez całą powieść kibicujemy jej w osiągnięciu celu, to mamy też świadomość, iż ma skłonność do wywyższania się i instrumentalnego traktowania innych. Empatia raczej u naszej bohaterki nie występuje, ale potrafi ją świetnie udawać, zwłaszcza wtedy, kiedy chce szybko wejść w nowe środowisko.
„Szczęście urojone” aż prosi się o lekkie porównanie z twórczością Joanny Chmielewskiej nie tylko ze względu na fakt, że książka Ewy Barańskiej została opublikowana nakładem wydawnictwa Klin, które promuje spuściznę najsłynniejszej, polskiej autorki lekkich kryminałów. Nietrudno zauważyć, że w stylu Barańskiej jest coś z ducha prozy Chmielewskiej. Lekkość prowadzenia narracji oraz aktualność poruszanych w tle tematów pokazuje, że obie pisarki za banalnymi historiami ukryły ważne problemy. Pani Ewa jednak skupia się nie tylko na aspekcie występowania danego zjawiska, ale również jego wpływie moralnym, o czym może świadczyć poniższy fragment:
,,Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że cyberprzestępstwo kwitnie jak każdy dobrze zarządzany biznes, a nawet jeszcze lepiej, gdyż nie jest zagrożone żadnym kryzysem (...). Gabriela to potężne, bezkarne zło uznała na tę chwilę za sprzymierzeńca swych uczciwych intencji"1.
Ewa Barańska w „Szczęściu urojonym” mówi nie tylko o wirtualnej przestępczości, ale także m.in. o kradzieży tożsamości, celibacie księży, chorobie nowotworowej czy aspekcie bezdomności. Pomimo, że ważnych tematów jest sporo, to autorka nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Co ciekawe, wcale nie czułam, że te motywy były potraktowane powierzchownie. Myślę, że Ewa Barańska chciała w ten sposób przekonać nas o bezwzględności Gabrieli.
O ile jestem pod ogromnym wrażeniem ukazania warstwy psychologicznej tej powieści, to wątek kryminalny, który jest tak naprawdę najważniejszy, ogromnie mnie zawiódł. Przyznam, że punkt zwrotny całej fabuły, był tak mało wiarygodny, że w moim przypadku zauważył na ostatecznej dość niskiej ocenie. Sam wątek jest jednak dość specyficzny, co uświadomiłam sobie dopiero w trakcie dyskusji z innymi czytelnikami tej powieści. Autorka łamie ironią ogólne znane schematy, powodując pewne zaskoczenie tym, w jakim kierunku prowadzi swoją fabułę.
Generalnie ,,Szczęście urojone" to lekka lektura na jeden wieczór, której głębszy sens uderza w czytelnika dopiero po odwróceniu ostatniej kartki i głębszym zastanowieniu . Dla tych, którzy chcieliby sięgnąć po ,,Szczęście urojone" mam na koniec małą radę. Lepiej nie zaglądajcie do spisu treści, gdyż znajdziecie tam streszczenia każdego rozdziału. Pierwszy raz spotkałam się z taką praktyką.

                                                                                                                       Anna Dral

----------------------------------------------------------------------------------------------
Małgorzata Gutowska-Adamczyk –
"Fortuna i namiętności. Klątwa”

Kwietniowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki poświęcone było książce Małgorzaty
Gutowskiej-Adamczyk – "Fortuna i namiętności. Klątwa”

Małgorzata Gutowska-Adamczyk zabiera nas w podróż do przeszłości. "Klątwa" to pierwsza część cyklu "Fortuna i namiętności", a część druga to "Zemsta". Jest rok 1733. Na stosie ginie młoda dziewczyna oskarżona o czary. Przed śmiercią rzuca klątwę na winnych swojej krzywdy. Odtąd pech nie przestanie im towarzyszyć…
Dla Rzeczypospolitej nastały trudne czasy. Śmierć króla Augusta stała się pretekstem do ekspansji wojsk rosyjskich. Jednak oczy wszystkich zwrócone są na Warszawę, gdzie rozpoczyna się wolna elekcja. Dwa wrogie obozy elekcyjne nie cofną się przed niczym…
W tym barwnym okresie historycznym toczą się losy dwóch bohaterek: znudzonej dworskim życiem i szukającej przygód córki kasztelana - Cecylii oraz roztropnej, wiernej tradycji i uczciwej córki zubożałego szlachcica – Zofii. Kobiety, mimo że pozornie wydawać by się mogło to nierealne, łączy niemało. Obie były młode i piękne, każda szukała szczęścia i walczyła o miłość, jednak drogi jakie obrały by osiągnąć cel znacznie od siebie odbiegały.
Autorka nie skupia się jednak całkowicie na damach. Świetnie przedstawiła również mężczyzn, ich profesje, zwyczaje i priorytety. Jest Bartek Rabiński, który na usługach kasztelana grabi podróżnych, a współudziałowcem tej działalności jest też infamis Kacper Hadziewicz. Zresztą na oczach czytelnika dokona się jego przemiana. Z jakiej przyczyny? Czy zgodzi się oczyścić i odbędzie karę w wieży, by dać szczęście swej wybrance?
Trzymający dzieci i podwładnych rządami twardej ręki kasztelan Tadeusz jest bardzo dobrze scharakteryzowaną postacią. Tylko, czy to naprawdę on sam podejmuje decyzje? A może robi to jakiś cichy głosik? Albo usłużny doradca. Dlaczego uważa, że klątwa nad nim zawisła?
Dzięki powieści poznajemy także życie kata, co należy do jego obowiązków, za co ma płacone, a do jakich zadań wykorzystuje pomocników. Czy kata również dosięgnęła klątwa czarownicy?
Książka niewątpliwie wyróżnia się na tle innych powieści polskich autorów, a odwaga autorki do sięgnięcia po całkiem inne, nowatorskie pomysły zasługuje na duże uznanie. Powieść można śmiało polecić wszystkim wielbicielom historii. Z jednej strony zbójcy, z drugiej wizja mającej wybuchnąć wojny, a z trzeciej zajęcia majątków, żywności i zwierząt przez Szuksztów lub wkraczające coraz bardziej wojsko rosyjskie. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła wciągającą powieść, wielowątkową i trzymającą się ram epoki, dzięki czemu okazała się tak realistyczna. Autorka po raz kolejny pokazała, jak ciekawe i zajmujące historie potrafi tworzyć.
                                                                                              Anna Dral
                -----------------------------------------------------------------------------------
Barbara Gawryluk – „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”
Czerwcowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu książki było poświęcone książce Barbary Gawryluk – „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”

Pani Wandy Chotomskiej chyba nie trzeba większości czytelników specjalnie przedstawiać. To w końcu spod jej pióra wyfruwały swego czasu najpopularniejsze wiersze dla dzieci. Można wręcz uznać, że to właśnie ta autorka obok Jana Brzechwy i Juliana Tuwima stworzyła polski kanon literatury dziecięcej. Nim zerknęłam na pierwszą stronę jej biografii napisanej przez Barbarę Gawryluk, dopadła mnie myśl, że z całej wspomnianej wcześniej trójki, to o pani Wandzie mówi się jakoś najmniej, choć przecież autorka nadal jest aktywna twórczo pomimo tego, że przez kłopoty ze zdrowiem, musiała zrezygnować ze spotkań z małymi czytelnikami. Na szczęście, sięgając po książkę „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” można przenieść się w czasy, kiedy nazwisko Chotomska znał praktycznie każdy.
Jedna z najsłynniejszych poetek dla dzieci przyszła na świat 26 października 1929 w Warszawie. Jej rodzicom bardzo zależało, żeby dziewczynka otrzymała gruntowne wykształcenie. Rezolutna kilkulatka zaczęła uczęszczać do niezwykle cenionej szkoły dla panien. Pomimo, iż jej dzieciństwo było naznaczone wojną, to po zakończeniu konfliktu z powodzeniem ukończyła studia na wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa. Bardzo ważnym wydarzeniem w rozwoju literackim przyszłej zdobywczyni Orderu Uśmiechu było dołączenie do redakcji „Świata Młodych”, gdzie poznała Mirona Białoszewskiego. Tę dwójkę połączyła nie tylko głęboka, prawdziwa przyjaźń, ale również płaszczyzna literackiego porozumienia. Wspólnie tworzyli duet działający pod pseudonimem Wanda Miron. Choć Chotomska z powodzeniem wydawała własne tomiki wierszy a także pisała m.in. dla „Świerszczyka” to największy sukces przyniosło jej wymyślenie pary bohaterów pierwszej polskiej dobranocki. Pomysł był prosty. Dwie rękawiczki, proste drewniane główki o uśmiechniętych twarzyczkach i mądre, dowcipne dialogi. W przygodach Jacka i Agatki odbił się cały fenomen niezaprzeczalnego talentu pani Wandy. Dialogi, które śmieszyły zarówno starszych jak i młodszych odbiorców, pozostawały w ich pamięci na zawsze.
Z dzisiejszej perspektywy można oceniać część wierszy poetki za produkt PRL-u. Faktem jest, że zwłaszcza w latach pięćdziesiątych polscy literaci byli zobligowani do wplatania w swoje utwory elementów propagandy. Wiele z wierszy naszej bohaterki zostało po latach reedytowanych. Przodowniczki pracy bez trudu zamieniały się w gospodynie, a milicjanci w policjantów, a wiersze wciąż były tak samo magiczne jak wcześniej. Nim to jednak nastąpiło, zdarzały się próby umiejętnego omijania oka cenzora. Wanda Chotomska ma na tym polu niebywały sukces, bo czytając wierszyk „Mysia mowa” trudno nie odnieść wrażenia, że w chwili jego powstania miał on podwójne dno:
Raz mysi król z Mysikiszek
taki rozkaz dał dla myszek:
„Rozkazuję wszystkim myszom,
które mówią oraz piszą:
słowo „kot” jest zakazane
i ma być nieużywane.
to „kot” powie lub napisze,
ten precz pójdzie z Mysikiszek”

Od tej pory w państwie myszy
tych trzech liter się nie słyszy.
Nikt nie pisze już „kotara”,
lecz „szczurara” lub „myszara”,
wszyscy mówią na kotlety
raz „myszlety”, raz „szczurlety” …
Nie wierzycie? No to dzisiaj
posłuchajcie mowy mysiej1.

Większość osób, które Barbara Gawryluk zapytała o istotę popularności wierszy Wandy Chotomskiej, zwracało uwagę na występujące w nich poczucie humoru, precyzyjność języka oraz ich melodyjność. Ta ostatnia cecha była często wykorzystywana przez zespół Gawęda, dla którego poetka pisała teksty piosenek, w tym tej najsławniejszej pt. „Gra w kolory”.
„Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” nieco różni się od ogólnie przyjętego schematu biografii, bowiem jest to wywiad uzupełniony o wspomnienia rodziny, znajomych i współpracowników bohaterki. Często wypowiedzi osób z otoczenia pisarki stanowią swoisty kontrapunkt do jej własnych słów, co sprawia, że czytelnik podświadomie odkrywa dominujące cechy poetki. W części głównej nie znajdziecie ogromnego nagromadzenia dat. Autorka postanowiła oddzielić kalendarium umieszczone na końcu książki od prowadzonej przez siebie rozmowy. Opowieść zwykle rozpoczyna się od jakiegoś drobnego szczegółu, który jest początkiem fascynującej podróży do przeszłości. Nie ukrywam, że czytając książkę, miałam wrażenie, iż podczas pracy nad nią Barbara Gawryluk po prostu przychodziła do swojej rozmówczyni, siadała wygodnie na kanapie, a w tym czasie pani Wanda przyciągała skądś ogromne pudło pamiątek oraz rękopisów i zaczynała opowiadać, jakby już nie do końca ufała swojej pamięci. Należy podkreślić, iż dziennikarka w żaden sposób nie stara się wpływać na odpowiedzi pani Wandy, dzięki czemu pojawia się sporo miejsca na anegdotki i drobne wtrącenia niekoniecznie ściśle związane z tematem. Często ten zabieg jest sposobem, aby nie opisywać za głęboko życia prywatnego. Nie oznacza to jednak, że Chotomska ma coś do ukrycia. Po prosu widać tu pewien rodzaj szacunku z obydwu stron. Barbara Gawryluk pyta niekiedy o bardzo niewygodne kwestie, a jej rozmówczyni szczerze odpowiada. Przekonamy się na przykład, że całkowite oddanie małym czytelnikom miało swoje negatywne konsekwencje w życiu prywatnym pani Wandy. Równocześnie można wyczuć, że istnieje pewna granica wynurzeń, poza którą czytelnik nie zostaje wpuszczony. Dla niektórych może to być wadą.
Byłoby sporym niedopowiedzeniem uznanie, że niniejsza publikacja jest tylko i wyłącznie poświęcona Wandzie Chotomskiej. Co prawda kobieta znajduje się w jej centrum, jako bohaterka wywiadu, ale rozmowa jest poprowadzona w taki sposób, że czytelnik tak naprawdę ma okazję poznać spojrzenie poetki na miniony i współczesny rynek wydawniczy. Co prawda widzimy to zagadnienie jedynie w pewnej części, jednak możemy zauważyć, że kiedyś schemat pracy nad książką dla dzieci wyglądał nieco inaczej. Wanda Chotomska podkreśla chociażby aspekt porozumienia pomiędzy twórcą tekstu, a osobą odpowiedzialną za ilustracje, a także scenografię. W książce nie mogło w związku z tym zabraknąć wzmianki o Adamie Kilianie i Bohdanie Butence. Wydawnictwo Marginesy bardzo postarało się o genialne wydanie publikacji. W książce znajdziecie unikalne zdjęcia zaczerpnięte z archiwum Wandy Chotomskiej, a także m.in bardzo czytelne skany archiwalnych numerów „Świerszczyka”, dzięki którym nawet dorosły czytelnik będzie mógł zakochać się na nowo w twórczości Wandy Chotomskiej.
Książka „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” może być różnie odbierana w zależności od wieku. Osoby, które dorastały oglądając „Jacka i Agatkę” wrócą nagle do świata, jaki doskonale znają z przeszłości. Ci, którzy byli dziećmi na przełomie wieków, będą czuli pewne znajome akcenty i inspiracje, które pani Wanda przekazała swojej córce Ewie, którą pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków zna, jako Ciotkę Klotkę z „Tik-Taka”. Natomiast młodsze generacje poznają rzeczywistość, która będzie dla nich obca, ale równocześnie w pewien sposób interesująca.
Na koniec, warto przywołać słowa uznanego polskiego pisarza dla dzieci Grzegorza Kasdepke, które zostały zamieszczone na okładce:
„Szwedzi mają swoją Astrid Lingren, Finowie Tove Jansson, a Polacy - Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle!".

                                                                                                                                Anna Dral

1 Wanda Chotomska „Wiersze”, Wilga, 2003









Twitter Delicious Facebook Digg Stumbleupon Favorites More

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review